Niby wciąż stoję w tym samym miejscu. Moją codziennością są te same cztery ściany i wciąż ten sam kubek do herbaty, który kupiłam kilka lat temu, a on nadal stoi na półce i przez myśl mu nie przeszło, by ode mnie odejść…
Tak samo jak dawniej zaczynam dzień. Budzę się i dziękuję za to, że dano mi taką możliwość. Spoglądam przez okno i uśmiecham się sama do siebie, mając wciąż sklejone powieki. Czekam, aż dziewczynki się obudzą, w międzyczasie parząc swoją ulubioną herbatę i delektując się ostatnimi podrygami ciszy…
Niby nic się nie zmieniło. W zasadzie tylko brakuje JEGO…

I to właśnie jego brak, sprawia, że powoli zaczynam myśleć o tym, że zaczynam od nowa.

Niby wciąż w tym samym miejscu, lecz tak bardzo inaczej.
Zmierzenie się z tą innością, nie jest łatwe. To wymaga dużej ilości przepłakanych nocy i spojrzenia na swoje życie z zupełnie innej perspektywy. Z perspektywy tego, że inność nie oznacza czegoś gorszego. Inność jest po prostu… inna.
Bywa smutna i męcząca. Czasem wyczerpuje i sprawia ból. Ale czasem sprawia, że pod koniec dnia zadajesz sobie sama pytanie: „naprawdę nigdy wcześniej tego nie zrobiłam?”.
W każdym dniu tej inności, która wciąż niepoukładana otacza Twój wewnętrzny świat odkrywasz na nowo siebie…
Zaczynasz dostrzegać, że na śniadanie lubisz jeść szakszukę, a przez lata jadłaś jajecznicę, za którą nigdy nie przepadałaś… i cieszysz się właśnie tym smakiem, zamiast patrzeć na patelnię i wbijać same jajka bez zastanowienia, by choć przez chwilę było jak dawniej…
I nie chodzi o to, że dawniej było źle… Było Ci dobrze, ale zamiast ronić łzy, możesz czuć, że może być Ci lepiej…
Możesz uczyć się zaczynać od nowa.
Bo to nie przyjdzie tak o. Pstrykniesz palcem i życie jest znów kolorowe.
Nie.
Co najwyżej możesz pstryknąć palcem, zasnąć i obudzić się dokładnie w tym samym miejscu.
Na swoim łóżku, dawniej dzielonym na pół, a teraz dzielonym w pojedynkę.
Ale rankiem, by zrobić ten pierwszy krok, możesz podziękować, że nikt Tobie w nocy nie zabrał pościeli.
Może było Ci zimno w stopy. Ale w końcu wyjmiesz termofor głęboko upchany do szafy.

I o to w tym chodzi. By patrząc na życie, które stało się Twoim udziałem, umieć znajdować w nim pozytywne iskry. Czasem nawet na siłę. Na przekór wszystkim myślom, które odbierają Ci chęć do zrobienia czegokolwiek.
I właśnie to staram się robić. Gdy obezwładnia mnie strach i bezsilność, zamiast spoglądać wstecz i z chusteczkami przeglądać rodzinne albumy, wybiegam myślami w przód. Nie za rok. Za dwa. Za trzy. Widząc siebie w miejscu, które chciałam zbudować we dwójkę. To, że jeden kierownik budowy złożył wypowiedzenie, nie oznacza, że budowa się nie skończy. Co najwyżej się opóźni…
Ale nowa może być jeszcze ciekawsza.

Dlatego zaczynam myśleć o tym, że zaczynam od nowa.
Wciąż są to myśli. Momentami jeszcze chaotyczne. Składam je do pudełka. Porządkuje. Zachowuje te, które są ważne, a te mniej istotne wyrzucam.
Robię miejsce na te, które pojawiają się każdego kolejnego dnia.

Lecz z każdą minutą życia, które się nie zatrzymuje, myśli zamieniają się w rzeczywistość.
Bo w niej niby nic się nie zmieniło. Niby ten sam kubek od lat. Te same poranki i wieczory.
Brakuje tylko JEGO…
I choć ta jedna myśl jest nadal bolesna, powoli ją oswajam…
Wiedząc, że pewnego dnia obudzę się rano i poczuję ulgę.
Dając sobie szansę na nowe życie…