We Wrocławiu spędziłam 5 lat swojego życia. Najpierw trzy lata mieszkałam na stancji, a na czas magisterki, robionej w trybie dziennym, dojeżdzałam pociągiem z Opola do Wrocławia, już jako mężatka. Codziennie pobudka o 4 nad ranem, ten sam pociąg, Ci sami ludzie w przedziale. Kawa w termosie zawsze smakowała wyśmienicie. Zwłaszcza zimą.

Nigdy jednak za Wrocławiem nie przepadałam. Kiedy wszyscy zachwycali się miastem, mi wydawało się ono przereklamowane. nie lubiłam go. Może wynika to z faktu, że nie byłam typem imprezowicza. Nie zapuszczałam się nigdy w głąb wrocławskiego rynku i nie siedziałam w knajpach do późnej nocy. Wrocław kojarzył mi się tylko z nauką. Gdy Bartek przyjeżdzał w odwiedziny, zwiedzaliśmy tam co nieco, zawsze jednak ciągnęło nas gdzieś dalej. To Kraków, to Warszawa, a najlepiej było nam w … Opolu. Na naszym Bolko, z dala od ludzi i gwaru.

Najwięcej Wrocławia zwiedziłam o dziwo, odkąd … zostałam Mamą. Dostrzegłam w tym mieście potencjał, który w nim drzemie, a który sprawia, że dzieci czują się w nim świetnie. I nie jest to IKEA. No może troszeczkę …

Tydzień temu spędzilismy we Wrocku dwa dni. Co prawda mieliśmy kilka obowiązków, ale wolny czas spędzaliśmy na rynku, w ramach naszego „urlopu”. Bartek, choć początkowo sceptycznie nastawiony do opcji nocowania tam, bo przecież do Opola rzut beretem i lepiej wyspać się w domu, ostatecznie, kiedy postawiłam na swoim, uznał, że miałam świetny pomysł, bo dziewczynki bawiły sie s-u-p-e-r! Było świetny nocleg w hotelu HR Plaza z pięknym widokiem na „serce Wrocka”. Było dobre jedzenie (Pyszny chłodnik w restauracji Beaty Śniechowskiej Menu Motto, przesmaczne pierogi ruskie i tradycyjny schabowy z mizerią w knajpie na Szewskiej, której nie umiem zlokalizować w internecie, a za chiny nie pamiętam nazywy, oraz bardzo dobry obiad w restauracji Patio w Rynku). Było Zoo, które odwiedzamy regularnie i choć znamy je na pamieć, za każdym razem zaskakuje nas tak samo. Była kąpiel w fontannie, wiesz, taka jedna na milion, bo mam regułę, że dziewczynki do takich akwenów nie wchodzą, ale ponoć ten wrocławski jest właśnie po to i faktycznie dzieciaków było tam pełno. Były bańki mydlane, dmuchane balony puszczane do nieba, domowe lody jedzone o 22.00 w drodze do hotelu. Były tańce, podziwianie ulicznej sztuki i łza w oku, że już koniec. 

Odpoczęlismy. Było wolno. Tak jak miało być. Poznałam Wrocław z zupełnie innej strony. Rynek dla dzieci, zwłaszcza latem, tętni życiem. Jest tam coś magicznego, czego nie widziałam, gdy byłam tylko studentką. Dziś lubię tam wracać. Następnym razem wybieramy się do muzeum Hydropolis i mam zamiar zdać Wam relację  z tego pobytu. Wierzę, że nie odkryłam we Wrocławiu wszystkich kart, ale z każdą wizytą mamy zamiar to robić. 

Bo Wrocek da się lubić. Trzeba tylko spojrzeć na niego z nieco innej perspektywy … z perspektywy dziecka!