Wróciłam z wakacji. Potrzebuję urlopu. Zdziwiona?

Jest środa. W niedzielę wróciłyśmy z półtoratygodniowego wojażu po Polsce. Opole – Warszawa – Gdańsk – Sopot – Opole. Ja i dziewczynki. Ponad 2200 km samochodem. Spotkania z rodziną, przyjaciółmi. Wycieczki. Plaża. Festiwal w Sopocie. Było cudownie. Ale kiedy w poniedziałek usiadłam na chwilę przy porannej kawie, słysząc w tle jak się kłócą o klocki LEGO, poczułam jak mnie boli cały człowiek. W środku i na zewnątrz. Pijąc espresso, chciałam na chwilę przenieść się do włoskiej kawiarni. Być sama. Sama ze swoimi myślami.

W tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że wakacje samodzielnej Mamy z dwójką rezolutnych dzieci to żadne wakacje. Przynajmniej dla mnie. To praca. Bycie 24 godziny na posterunku. Bo jak wytłumaczysz to, że siedzisz na plaży słuchając szumu morza, a Twoje oczy zamiast wpatrywać się w błękit nieba, upatrują dzieci? Jedna chce do wody, druga biega po plaży szukając muszelek. A Ty jesteś w tym sama. Mając wciąż parę oczu, uszu, rąk i nóg…

Spędziłam z dziewczynkami wspaniały czas. Widok ich uśmiechniętych twarzy ubrudzonych bitą śmietaną spadającą z nadmorskich gofrów do dziś jest w mojej głowie. Chłonęłam te chwile całą sobą. Te wszystkie poranki i wieczory. Te spacery, spotkania i ten czas, gdy byłyśmy tylko we trzy. Ale kiedy potrzebowałam ciszy… nie miałam jej. Nie mogłam się z nikim zamienić. Nie było mi dane powiedzieć: „Zerknij na nie proszę, muszę iść do toalety…” Kiedy potrzebowałam skorzystać z toalety nad morzem, musiałam zabierać je ze sobą. I tak na okrągło…

Wczoraj dostałam wiadomość. Ktoś, kogo znam… nazwał mnie osobą chorą psychicznie i nienormalną. Taką, która krzywdzi własne dzieci. Są ponoć ze mną nieszczęśliwe i zaniedbane. To nie pierwszy raz, kiedy będąc z nimi po urlopie słyszę, że za bardzo je forsuję i za dużo daję. Że przecież dziecku do szczęścia wystarczy podwórko. Wyjazdy? Raz, że koszt. Dwa, że zmęczenie. Trzy… na co to komu?… Kiedy przeczytałam tą wiadomość, w pierwszej chwili pomyślałam: „Faktycznie, na co to komu? Mi? Czy naprawdę sądzisz, że ja na tych wakacjach odpoczęłam? Że miałam luźną głowę i szczęście wyciskałam jak cytrynkę?”… I tak od myśli do myśli doszłam do następującego wniosku:

Nie odpoczęłam tak, jak marzyłabym odpocząć w WAKACJE.
Nie czułam luzu. Czułam momentami stres.
Wieczorami siadałam na kanapie i usypiałam w minutę.|
Budziłam się zmęczona. A musiałam dawać radę.
Kawę piłam litrami. Tylko ona stawiała mnie na nogi…

A jednocześnie byłam z nimi.
Byłam Mamą na cały etat. Ale nie tylko Mamą.
Byłam też Opiekunką, Lekarką, Aktorką, Śpiewaczką, Animatorką, Przewodnikiem Turystycznym, a nawet Stomatologiem – kiedy wyrywałam Wiki kolejnego zęba.
Byłam też przyjaciółką.
Byłam dla nich. Całą dobę.
Dałam im wspomnienia. Coś, czego nie zabierze nam nikt.

Nie. Nie odpoczęłam. Marzę o urlopie po urlopie. Paradoks? Nie. Prawda. Samodzielne Mamy na urlopie nie odpoczywają. To właśnie dlatego się boją. Boją się podejmować wyzwania. Boją się, że nie dadzą rady. Boją się wyjeżdżać. Wierzę, że tak jest. Wierzę, bo znam zarówno rodzicielstwo we dwójkę, ale również macierzyństwo w pojedynkę. I tutaj nie można postawić znaku równości…

Myślę o urlopie. Może to dziwne dla wielu z Was, ale dla mnie to marzenie. Póki co na liście – kiedyś to zrobię. I będę puszczała bokiem, jak usłyszę to, co zdarzało się już nieraz, kiedy jechałam sama do Warszawy. Że co ze mnie za matka. Bo jak to? Tak bez dzieci?…  Światu nie dogodzisz…

Tak. Bo dziś daję im wszystko. I widzę to tylko ja. I one. I może i Wy. Ale czasem mam pragnienie być mamą na 90 % czasu, dającą im maxa z siebie, niż taką na 100 %, lecz wypaloną…

Czy zgodzisz się ze mną?…