Któregoś razu, rozmawiając z koleżanką, zapytała mnie „Jak Ty to ogarniasz? Dwie córki, jeden biznes, drugi biznes, a jeszcze masz czas na kawę?”. Chciałam jej wtedy odpowiedzieć, że nie ogarniam, do tego stopnia, że czasem nie wiem jak mam na imię. Ale po krótkim namyśle, doszłam do wniosku, że w sumie momentami bywa ciężko pogodzić obowiązki i przyjemności tak, by zachować przy tym radość, ale w dużej mierze udaje mi się zapanować nad tym całym rozgardiaszem.

Najgorsza jest zima. Kiedy zapada zmrok, a ja mam do ogarnięcia jeszcze tak wiele tematów, trudno się zmobilizować. Wtedy organizacja czasu jest dla mnie rzeczą priorytetową i każdego dnia wieczorem robię plan na kolejny dzień pełen wyzwań. I nie ma w nim tylko miejsca na pracę.

Pamiętam czas kilka lat temu, kiedy nie potrafiłam odpoczywać. Czułam się zmęczona. Nie macierzyństwem, ale ogólnie codziennością. Codziennie to samo. Pobudka, śniadanie, sprzątanie, spacer, obiad, a tuż po już kolacja, w międzyczasie podwieczorek, żeby położyć dziewczynki spać i zacząć pracę. Kończyłam ją często po północy. Tak wyglądały moje dni.

Ale nieszczęśliwa Mama, to nieszczęśliwe dzieci i dopiero życie nauczyło mnie, że w tym wszystkim ja i moje potrzeby również są ważne.
Od jakiegoś czasu dbam o siebie na różnych „polach”. Pomimo prowadzenia własnej działalności, znajduję czas i na pracę, ale również na odpoczynek, który pomaga mi się zresetować tak, by nie czuć frustracji. To, że się temu poddaję i nie walczę z tym, sądząc, że ja zawsze wszystko muszę, sprawia, że jestem zdecydowanie lepszą Mamą.

Co wieczorami ratuje moje macierzyństwo?

Fajnie byłoby powiedzieć „wino”, ale to zdarza się rzadko. Kiedy jestem sama z dziewczynkami, nigdy nie piję alkoholu. NIGDY. Nie ma tu wyjątku. Gdyby cokolwiek się wydarzyło, co zmusiłoby mnie np. do tego, by wieczorem jechać gdzieś z dziećmi (np. szpital, apteka itd) muszę być trzeźwa! Nie popieram picia lampki winna wieczorem dziennie na odreagowanie. Nie. Nie. Nie. Na lampkę pozwalam sobie tylko wtedy, kiedy jest u mnie np. siostra z rodziną. Wtedy ok – czerwone wino jest jak lekarstwo. Ale w codzienności muszę ratować się czymś innym.

Najlepiej odpoczywam, leżąc w łóżku, jedząc popcorn, pijąc zimową herbatę i oglądając TV. Czasem jakiś film, którego nigdy nie widziałam, lub jakiś niezapomniany klasyk. Ale coraz częściej sięgam po seriale. Ostatnio za namową HBO, wkręciłam się w serial „Wataha”, którego akcja dzieje się w Bieszczadach. To typowy serial sensacyjny, z polską obsadą aktorską (jedną z ról głównych gra Leszek Lichota), który w 2018 roku otrzymał nagrodę Orła w kategorii filmowych seriali fabularnych. Obejrzałam już dwa pierwsze sezony i aktualnie oglądam sezon trzeci. Serial mocno wciąga, choć dawkuję sobie tą przyjemność i kiedy zaczynałam swoją przygodę z nim, nadrabiałam tylko jeden odcinek dziennie. Mimo, że miałam ochotę na więcej, łącznie z wyjazdem w Bieszczady. To jest urok seriali – zaczynasz i najchętniej w jeden dzień, obejrzałabyś wszystkie sezony. Znasz to? Oczywiście nie będę Wam zdradzała fabuły, powiem tylko, że choć nie jest to komedia, ogląda się „Watahę” lekko, z niecierpliwością oczekując na dalszą akcję i to, by razem z bohaterami odnaleźć prawdę… Zaciekawiłam?

Poza serialem „Wataha, polecam „Teorię Wielkiego Podrywu” oraz… „Pani Fletcher” (coś dla Mam!). Mam też kilka tytułów zapisanych, przy czym większość oglądam za pośrednictwem HBO GO. Nie od dziś wiadomo, że można tam znaleźć najlepsze produkcje kinowe i czasem łapię się na tym, że mogłabym mieć konto tylko na tej platformie, która w swoim pakiecie posiada również sekcję Kids stworzoną specjalnie z myślą o najmłodszych.

Dodatkowo obecnie możemy wypróbować fajną ofertę, jaką jest 7 dniowy okres próbny, podczas którego można korzystać z HBO GO bezpłatnie i to na 5 urządzeniach, a po upływie tego czasu, przyjemność ta kosztuje tylko 24,90 zł na miesiąc. Natomiast, jeśli Wam się po prostu znudzi (w co raczej wątpię), możecie zrezygnować w każdym momencie. Jeśli zaś chcecie rozpocząć Waszą darmową przygodę z HBO GO wystarczy zarejestrować się TUTAJ.

Mi przy takiej ilości filmów (800!) i ponad 200 dostępnych serialach, cała zima minie szybciej niż się tego spodziewam. Po czym przyjdzie upragniona wiosna, lato i znowu energia i wiatr we włosach…

Co jeszcze ratuje mnie wieczorami? Dobra książka, moja ulubiona zimowa herbata (2 szklanki herbaty gotuję z odrobiną imbiru, pięcioma goździkami, odrobiną laski cynamonu oraz 2 plastrami pomarańczy. Do herbaty dodaję cytrynę i słodzę ją miodem) oraz wieczorna kąpiel. To są dla mnie takie momenty, które teraz doceniam po stokroć. Każdego dnia, a w weekend podwójnie.

I naprawdę czasem odkładam to, co mam zrobić na następny dzień i leniwie spędzam wieczory, wiedząc, że następny dzień będzie jeszcze bardziej efektywny.

I tego tej zimy życzę Wam i sobie. Zwolnienia tempa i zasłużonego odpoczynku. I koniecznie podzielcie się jakie seriale oglądacie. Co polecacie? Jesteście w teamie #WieczoryPrzedTv czy #WieczoryNaMopie?