Jakiś czas temu, pozdrawiałam Was, siedząc w Pendolino i pędząc do Warszawy. Ja i One. Wybrałyśmy się do stolicy, by odnaleźć w niej miejsca, o których wiedzą tylko tubylcy. Nie ukrywam, że jak wsiadłam do pociągu, to pożałowałam swojej decyzji już po 5 minutach. Ogarnąć dwójkę, powiedzmy sobie wprost – ROZBRYKANYCH – dzieci, to naprawdę wyzwanie. Nie miałam chwili wytchnienia. Widoki za oknem interesowały je słabo. Ciekawsze było wspinanie się na fotele, próby sprawdzania czy w gniazdkach płynie prąd i takie tam … Raz głodna była jedna, raz druga. Jak ta chciała siku, to tamta wolała oglądać bajkę, by za 10 minut zawołać: „siusssiuuuu”. Gdy dojeżdzałam do Warszawy, 15 minut przed końcem podróży, obie zasnęły, choć do końca walczyłam jak lew, by tak się nie stało. Poległam. Zegar pokazywał 22.30. Wiki musiałam obudzić, co skończyło się histerią jakich mało, a Maję przerzuciłam przez bark i wyszłam z pociągu. Mokra, głodna, z bolącą głową. Gdy dojechaliśmy pod naszą miejscówkę – hotel Mercure Warszawa Grand, Maja się obudziła, a Wiki … rozbudziła. Gdyby nie to, że na miejscu zastaliśmy cudownie przygotowany pokój, a moim oczom ukazała się powitalna kolacja, byłabym wściekła. A tak, po raz pierwszy pomyślałam, że to była słuszna decyzja. Nastawiłam się na dobrą zabawę i czas spędzony tylko z nimi. I nie pomyliłam się. Babskie wakacje bywają naprawdę udane.

Do Warszawy zaprosił nas hotel Mercure Warszawa Grand, który chciał, byśmy pokazali Wam, że Warszawa może być świetnym miejscem na aktywny, weekendowy, rodzinny wypoczynek i że można odkryć w nim lokalne perełki, o których nie poczytacie w przewodnikach (hotel zapewnił nam atrakcje w ramach projektu Local Stories z hotelem Mercure). I prawdą jest, że ilekroć gdzieś jedziemy, to chodzimy do miejsc już nam znanych, takich które zawsze wzbudzają zachwyt w oczach dziewczynek, ale też staramy się znaleźć takie, o których nigdy nie słyszeliśmy, więc sama idea bardzo nam się spodobała. Zobaczyć coś, czego nigdy nie widziałaś. Brzmi nieźle co? I w dodatku tajemniczo. Całość naszego #localstories, była więc zaplanowana. Po części przez hotel, po części przeze mnie. Pozostało tylko zacząć przygodę …

Plan czy SPONTAN?

Częściej plan. Zazwyczaj przed wycieczką, niezależnie od jej kierunku, czytam fora i planuję – co zwiedzimy, gdzie zjemy, który punkt programu jest mush have, a które miejsca są w kolejce rezerwowej. Choć z drugiej strony wyjazd z dziećmi ma swoje prawa i choćbyśmy zaplanowali wszystko od a do z, to jak dziecko strzeli focha, albo będzie zmęczone tak, że jedyną rzeczą o jakiej będzie marzył są … kuleczki, to możemy mieć najlepszy plan ever, a i tak nici z niego. Całe szczęście podczas naszego pobytu, zwiedziliśmy to, co chcieliśmy zwiedzić, więc tym razem nam się udało. Ale nie obyło się  bez wiekszych niespodzianek. Na przykład na codzień nie lubiąca wózka Maja, nagle go pokochała miłością wielką. Tyle, że Mama znając jej zamiłowanie do nosidła, własnych nóżek lub moich rączek pomyślała – „po co mi wózek?” … Ach, głupia ja. Drugiego dnia w południe pędziłam do sklepu po najtańszą spacerówkę, bo bez niej siedziałabym w hotelu i kwiczała. I tak Majka przejeździła w niej cały wypad, spała w niej też całkiem nieźle. Tylko ja plułam sobie w brodę, bo kupowanie najtańszego wózka, to strzelenie sobie w piętę. Nigdy w życiu i pierwsza moja rada – na wakacje zawsze bierz ze sobą swój ulubiony wózek! Zawsze!

Weekendowa Warszawa – Dzień 1

Pierwszego dnia w sobotę zaczęliśmy dzień od pysznego śniadania w Mercure. To sa te momenty, za które uwielbiam wypady rodzinne, nawet dwudniowe. Nie trzeba się martwić o to, co zrobić dziecku do jedzenia, bo wszystko dają Ci prawie pod nos i możesz wybierać, przebierać, próbować, cieszyć swoje oczy i podniebienie. To czego doświadczyłam pierwszy raz w hotelu, to … własnoręcznie przyrządzony sok. Tak. Wyciskarka stojąca w restauracji i zachęcająca do zrobienia soku z marchewek, jabłek, a nawet pietruszki, to było to. Poczułam się jak w domu. Menu hotelowe było bardzo bogate i pyszne.

Po godzinnej biesadzie (z dwójka dzieci, kiedy jadłam na szarym końcu, mam wrażenie śniadanie trwało wiecznie …) i małej rundce po hotelu, ruszyłyśmy na miasto. A nasze kroki skierowałyśmy w stronę Pałacu Kultury i Nauki. To jest ten punkt na mapie, który zawsze zaliczamy. Kolejka po bilet na taras widokowy była długa, w końcu weekend, ale nie poddałyśmy się. Kiedy poprosiłam miłą Panią o zajęcie nam miejsca, zdążyłyśmy obejrzeć Muzeum Figur Stalowych. Jeśli kiedykolwiek nadaży Wam się okazja – idzćie śmiało. Ani ja, ani dziewczynki nie nudziłyśmy się ani minuty. Wręcz przeciwnie. Ciężko było nam stamtąd wyjść, bo tak wiele rzeczy wzbudzało nasz zachwyt. Potem wjazd na górę, obowiązkowo kilka kadrów i pierwsze: „mam dość mamo… jestem głodna„. Zjechaliśmy więc w dół i udaliśmy się taxi do malutkiej pierogarnii na Mińskiej, o której czytałam same pozytywy. Urocze miejsce i domowe pierogi. Niebo w gębie. Potem kurs do galerii po wspomniany wózek i kiedy Majka, włożona do niego odleciała w mig, nasze kroki skierowałyśmy z Wiki ku pewnej tajemniczej kwiaciarnii …

Kwiatek z prądem

To miejsce początkowo mnie przeraziło. Może to efekt dzielnicy, a może ze zmęczenia nie poczułam jego klimatu. Ale z każdą odsłanianą przez właściela kartą, zyskiwało moją przychylność, a ponieważ zauroczyło Wiki, grzechem byłoby o niej nie wspomnieć. Malutka kwiaciarnia, inna niż wszystkie. Właściwie to lepszą nazwą jest Laboratorium Florystyczne albo Galeria Wielowymiarowa. Choć kwiaciarnia to i też, bo można w niej zrobić małe lub większe zakupy. To tutaj powstają ciekawe kompozycje roślinne, którym nadaje się nowe tchnienie. Kwiaty połączone z usb, radiem, albo routerem? Dla kompozytora nie ma innej granicy niż jego wyobraźnia. Jeśli jeszcze tam nie byłaś, koniecznie zajrzyj przy najbliższej okazji, by zobaczyć, jak niemożliwe zamienia się w realne.

Po odwiedzinach w K105, udaliśmy się autobusem na warszawski rynek. A tam baloniki, pizza w naszej ulubionej Trattori Rucola, a na dokładkę, po godzinie, kiedy poczułam lekkie ssanie w żołądku odwiedziny w „Murzynku„. Długo nie musiałam szukać tego miejsca na mapie, bo jest w samym centrum. Zamówiłam tam lokalny rarytas, który jest alternatywą klasycznego hot-doga. Bułka wypełniona farszem z pieczarek syci miejscowych już od 1965 roku. I pomyśleć, że wcześniej o niej nie słyszałam? Nigdy nie jadłam … nawet na ten pomysł na wpadłam. A szkoda, bo okazało się to naprawdę smacznym daniem. Niby nic, niby banał, a cieszy. Jedliście kiedyś taką bułę?

Na koniec dnia dziewczynki poprosiły o przejażdzkę dorożką. Niestety, na konie czekałyśmy prawie godzinę, a na końcu okazało się, że już dziś nie wrócą. Zdecydowaliśmy się na przejażdzkę wózkiem rowerowym. Pan zabrał nas w miejsca, do których nasze nogi by nie doszły, a ostatecznie … odwiózł nas do hotelu. Cóż to była za wieczorna przygoda … Na miejsce dotarłyśmy przed 21. Myślałam, że dziewczyny padną jak muchy, ale coś Ty. One chciały bajkę na Canal Plus i kąpiel chciały zaliczyć. Jak powiedziała mi Wiki: „W takim hotelu, to ja mogę nie spać mamo„. Ale nim zdążyłam się obrócić, one leżały na łóżku z zamkniętymi oczami. I tym sposobem zaczął się dzień 2 …

Weekendowa Warszawa – Dzień 2

Obudziłam się z zakwasami. To oznaka, że było intensywnie. Ale wcale nie chciałam zwalniać tempa. Bowiem o 11 byliśmy umówieni w domu Kereta, więc znów szybkie śniadanie i w drogę. Byłyśmy punktualne. Z tego co zdążyłam się dowiedzieć, mało osób wie o tym miejscu, a szkoda, bo tak mnie pozytywnie zaskoczyło, że koniecznie wrócę pokazać je Bartkowi. Co to jest Dom Kereta?

Instalacja artystyczna zaprojektowana przez architekta Jakuba Szczęsnego i grupę projektową Centrala, zbudowana w 2012 w pobliżu skrzyżowania ulic Chłodnej i Żelaznej na warszawskiej dzielnicy Wola. Obiekt został otwarty 20 października 2012. Znajduje się on w 152-centymetrowej szczelinie pomiędzy powojennym blokiem mieszkalnym przy ul. Chłodnej 22 i przedwojenną kamienicą przy ul. Żelaznej 74. Instalacja posiada wewnątrz trzy poziomy i zaprojektowana jest jako obiekt mieszkalny.*

Już sam opis zachęca. Życie w mieszkaniu o szerokości 152 cm? To miejsce udowodniło mi jedno – człowiek do życia potrzebuje naprawdę niewiele … przestrzeni. Nasze 65 m2 to w porównaniu z tym mieszkaniem prawdziwa hacjenda 🙂 Minusem wyprawy jest to, że popsuła mi się karta i niestety nie mogę pokazać Wam zdjęć z środka, ale obiecuję, że jak uda nam sie odwiedzić to miejsce raz jeszcze, to Wam pokażę. Chyba, że mnie wyprzedzicie! Ale koniecznie sobie wygooglujcie! Fajne?

Po wizycie w domu Kereta, były przepyszne lody w kawiarni „LaMaison”, potem udałyśmy się do Ogrodu Botanicznego, przy okazji zahaczając o wizyte w TVP. Zdjęcie na tle chorągiewek musi być. Bo kto wie, może kiedyś i dziewczynki tam wystapią …
Ponieważ na dworze był skwar pojechałyśmy po ochłodę do Złotych Tarasów na plac zabaw i kawę w dodatku. A potem zaliczyłyśmy jeszcze jazdę metrem. Pierszy raz w życiu. Obiad zjadłyśmy w hotelu. Zamówiłyśmy sobie opcję z dostawą do pokoju i to był strzał w 10, bo nim nam go podali, zdążyłyśmy wziać zimną kąpiel (niedziela była mega gorąca). I wtedy zapukali ONI. Pyszny burger warzywny, pierogi i zupa pomidorowa. A na dokładkę piwo 0 % z sokiem. Tego było mi trzeba. Potem dziewczynki obejrzały bajkę i postanowiłyśmy zobaczyć Warszawę nocą. W drodze na rynek, Majka nam jednak zasnęła … Mimo to dałam ją do wózka i zaczęłam czuć każdym zmysłem wieczorny rytm stolicy. Były lody i wieża widokowa. Był spacer koło Pałacu Prezydenckiego i siedzenie na rynku, tak o bez celu. Były rozmowy z moją 5-latką i jej wyznania: „Jest tak idealnie, choć brakuje tu Tatusia” … W hotelu byłyśmy przed 23 . To był mega udany wieczór. Taki tylko dla nas. Ja i Wiki. Mogłam ten czas poświęcić tylko jej i czuję, że obie na tym skorzystałyśmy.

Poniedziałek był dniem wyjazdowym. Rankiem był już z nami Bartek, który dojechał późno w nocy z Opola po pracy. Był zachwycony naszym apartamentem, w którym mieliśmy dosłownie wszystko – nawet naszą ulubiona kawę. Śniadanie zjadłam już na spokojnie, bo jak jedno jadło, to drugie zajmowało się dziećmi i ten układ mi odpowiada najbardziej. Nim spakowaliśmy się, dziewczynki koniecznie chciały pokazać Tatusiowi Hotel. „W takim jeszcze nie spałeś” – rzuciła mu Wiki na dzień dobry. Odwiedziliśmy zatem kącik z grami, dziewczynki pobawiły się w chowanego, zajrzeliśmy do siłowni i podziwialiśmy widoki na Warszawę z naszego okna. Cieszyliśmy sie sobą … a potem hop do Królewskich Łazienek. W poszukiwaniu wiewiórek.

A Mercure?

Sam hotel, choć nie ma placu zabaw i wydawać by się mogło, że nie jest dla dzieci, dla nich jest bardzo fajny. Na śniadaniu widziałam wiele rodzin z dziećmi i sądząc po ich wyrazach twarzy, byli zadowoleni ze swojego wyboru. Przede wszystkim bliskość centrum, czyli dobre położenie logistyczne to atuty hotelu Mercure. Obsługa bardzo pomocna, pokoje duże i mające dosłownie wszystko, co potrzebuje się na wyjeździe. Uratowali mnie szczoteczką do zebów, bo mama o dzieciach pamiętała, ale o sobie zapomniała. Cała JA. My mieliśmy do dyspozycji apartament z widokiem na panoramę miasta, więc czuliśmy się wyjątkowo. I ten czerwony dywan przed hotelem w piątek. Bajka … Zaszaleliśmy, mówię Wam, ale warto było, zdecydowanie! A oto nasze centrum dowodzenia. Zobaczcie sami:

Nasza Warszawa w dwa dni, to Warszawa na nowo odkryta. Lokalne historie, niekoniecznie wszystkim znane, bywają zaskakujące. Choć początkowo żałowałam, teraz nie żałuję ani minuty naszej wycieczki, ani nawet sekundy spędzonej w stolicy. Zmęczenie przeszło, a wspomnienia zostały. Nasz czas, który mam nadzieję zapamiętamy na długo …

A czy Ty masz ochotę zabrać swoją rodzinę na taką wycieczkę i odkryć lokalne historie, których jeszcze nie znałaś? … Wypatruj zatem na moim blogu bombowej niespodzianki!

Cudnego dnia!