Kilka dni temu wyjechałam sama do Warszawy. To nie było pierwsze moje wyjście z domu, ale na pewno pierwsze, kiedy nie było mnie od 6 rano do 19 wieczorem. 13 godzin poza moimi oczami. 13 godzin, kiedy to nie ja byłam obok, a Bartek. I co mi pisze, na pytanie: „Jak tam dziewczynki?”.

„Grzeczne, jak nigdy dotąd…”

Przyznaję bez bicia, że ukłuło w sercu. Wiedziałam, że bawią się świetnie, ale myślę sobie, jak to? Grzeczne, jak nigdy dotąd? Przecież przy mnie, ich cały dzień to wachlarz emocji. Grzeczność przeplata się ze wściekłością, płaczem, dokuczaniem sobie nawzajem i zaglądaniem do własnego talerza. Na gryzieniu i przepraszaniu. Kopaniu i przytulaniu. Dlaczego przy mnie nie są aniołkami? Dlaczego najgrzeczniejsze są przy Babci, przy Tacie, przy Cioci, wtedy kiedy mnie nie ma w zasięgu wzroku?

Pewnie znalazłby się ktoś, kto stwierdziłby, że to moja wina. Pewnie wcale nie byłaby to jedna osoba. To z pewnością jakieś negatywne fluidy roztaczają się w okół mnie – matki, które sprawiają, że to przy mnie moje dzieci ogarnia istny szał.

A tymczasem prawda jest taka, że faktycznie to jest moja wina!

Bo tylko przy mnie moje dzieci są w 100 % sobą. Przy mnie nie muszą udawać. Wiedzą, że tylko ja bezwarunkowo akceptuję każdą ich emocję. Że jak tupną nogami to będę wiedziała, że maja prawo mieć gorszy dzień. Że płacz to czasem dlatego, że boli, czasem dlatego że źle, że nie tak, albo nie po myśli. Tylko będąc ze mną, 24 godziny na dobę, w zdrowiu i chorobie, od śniadania po kolację, nie muszą myśleć, czy mnie zawiodą, jeśli zrobią coś, co nie jest po mojej myśli. Bo wiedzą, że tego nie zrobią. 

I pewnie czasem za bardzo rozpieszczę. Bardziej niż ktokolwiek inny. Czasem pewnie wejdą mi na głowę o centymetr za daleko. 
Ale akceptuję. Każdy milimetr ich ciała i osobowości.

A one to czują…
I robią tak jak każdy człowiek. Czasem lepiej, czasem gorzej.
Ale zawsze w zgodzie ze sobą.