Zwykła sobota. 
Leniwa. Pobudka przed siódmą, by jeszcze godzinę pod kołdrą przewracać się z boku na bok. One od rana szaleją. Potem sok wyciśnięty z pięciu pomarańczy i placki bananowe smażone bez pośpiechu. 
Bez porządków, mycia okien i segregowania zabawek. Z imprezą popołudniową w salonie. Na podłodze. Wcale nie odkurzonej. Przecież i tak nic się nie stanie…
Zwykła sobota. 
Jak w wielu domach. Rodzinna. Bez gonitwy. Bez celu. Z herbatą po siedemnastej, pitą we trzy… przy czytaniu książek i zabawach w rymowanki. 
Taka sobota jak zawsze. Odkąd pamiętam. Z nimi. Rzadko kiedy spędzałam ją inaczej. Od zawsze w sobotę tylko ja i one…
Nic się nie zmieniło. 
Zwykła sobota
W zwykłym domu. W zwykłej codzienności. Pozwalająca choć w jeden dzień tygodnia… tak zupełnie bez pośpiechu, choć na moment poczuć, co jest w życiu ważne, a co w tym wszystkim najważniejsze…

.