Macierzyństwo to nie praca. 
Bo z definicji praca to coś takiego, za co dostajesz pieniądze. 
Nie uśmiech szefa, lecz prawdziwą gotówkę. 
Taką, za którą kupujesz chleb i masło w pakiecie. 
Bo pracując masz czas na wakacje…
I na chorobowe.
I na 5- minutowy lunch.
I toaletę bez świadków.

Ja nie pracuję jako mama.
Nie pamiętam kiedy miałam wolne.
Kiedy pojechałam na wakacje, na których nic nie musiałam robić.
Nie pamiętam jak ostatnio chorowałam.
Tzn. chorowałam, ale nie leżałam z nogami wyciągniętymi na kanapie.
Nie było jak.

Nie wiem, kiedy ostatnio jadłam w ciszy obiad.
I kiedy będąc w łazience, nikt do niej nie pukał. 
Nawet jak była zamknięta.

I doprawdy chciałabym posłuchać mądrej rady staruszki w supermarkecie, 
która patrząc na moje dziewczynki z energią z kosmosu, chwyciła mnie ostatnio za ramię 
i powiedziała: „Nie martw się. To szybko minie”
Ona miała rację.
To minie. Szybko. Tak szybko, że nawet nie zdążę się za siebie odwrócić.
Nie zdążę posmakować tego w całości.
Nie będę mieć ani chwili, by móc to sobie przeanalizować. 
Poukładać. Rozłożyć na czynniki pierwsze. 
Ale ja nawet nie chcę tego robić.

Bo macierzyństwo to nie praca.
Tego nie da się zaplanować. 

Być w nim od… do…
Przychodzić na konkretną godzinę i zmywać się, gdy zegar „wybije północ”

Nie myśleć po godzinach.
I czekać na przelew bankowy.
Macierzyństwo…
To jest życie. 
Moje życie.
Lubię je.
A Ty?