Jest tyle tematów, o których chciałabym Tobie napisać. I napiszę. O tak wiele rzeczy mnie pytasz… Zwłaszcza, gdy sama znajdujesz się w podobnej sytuacji. Podejrzewam, że w większości z konieczności, niż z wyboru. A najczęściej zastanawiasz się… Jak radzą sobie dziewczynki? Jak to znoszą? Czy rozumieją? Jak to jest tak wiele rzeczy ogarniać samodzielnie? Jak dzielić się opieką? Czy w ogóle się da oddzielić serce od rozumu? I jak to jest zabrać ja samochodem na drugi koniec Polski, ogarnąć wszystko i być jeszcze szczęśliwą…?

Kiedy kilka dni temu siedziałam i analizowałam sobie życie, które teraz toczę, porównując je do tego, które toczyliśmy z B. razem jeszcze kilka miesięcy temu, doszłam do wniosku, że najbardziej brakuje mi poczucia, że ktoś jest obok. Że kiedy ON jest, a ja muszę iść do sklepu, to nie zastanawiam się nad tym, że muszę je ubrać, naszykować, wpakować do samochodu i jechać z nimi. One zostają wtedy w domu, a ja lecę do Biedronki. Jak muszę, to biegnę na pocztę. Sama. Nie z nimi… Macierzyństwo w pojedynkę już tak nie wygląda. Tutaj nie ma codziennych spontanów, na zasadzie zapomniałaś mielonego na kolację to biegniesz. Tu nie biegniesz. Tu jak zapomniałaś mielonego, to Cię czeka cała wyprawa, podczas której nie wracasz już tylko z mielonym, ale z paczką żelek, dwoma lodami, pączkami upchanymi do siatki, którą niesiesz pod jedną pachą, w drugiej trzymając zbuntowanego dwulatka, bo przecież to nie TEN pączek miał być…
Ostatecznie mielony zostaje na jutrzejszy obiad, bo przecież Tobie wystarczy zwykła kanapka…

W macierzyństwie w pojedynkę, każdy dzień musisz zaplanować. Zastanowić się. Czy będziesz z nimi sama, czy dziś jadą do Taty… Planujesz, planujesz, planujesz. Planujesz praktycznie wszystko. Musisz zaprzyjaźnić się z plannerem, bo bez niego ani rusz. Tym bardziej, że czasami i tak wszystko wywraca się do góry nogami. Tata nagle dostaje anginy i umówione spotkanie nie dochodzi do skutku, a za nimi Twoje plany idą w odstawkę…
We dwójkę byłoby inaczej… W pojedynkę tak łatwo nie ma.

Ale się da. 4 miesiące temu przerażało mnie to ogromnie. W zasadzie wszystko. Samotne macierzyństwo… Samotne życie. Samotne poranki, samotna poranna kawa… i samotne wieczory. Samotne noce…
Samotne podróże…
Przecież ja sobie nie poradzę. Usiądę i będę płakała. Nie ogarnę. Nie znajdę motywacji.
A potem każdego kolejnego ranka motywacja budziła się wcześniej niż ja. Miała podwójne imię. Udowadniała mi ona na co dzień, że nawet jeśli jedna rola się dla mnie teraz skończyła, Mamą będę dla nich zawsze. I tą rolę muszę spełniać do końca, najlepiej jak umiem, bez względu na to, czy trudy codziennego dnia ogarniam z kimś, czy sama… Nie mogę się poddać. Nie mam wyboru. Więc wzięłam się w garść!

Wstałam. Zamiast związywać włosy w kucyk, umyłam je. Ubrałam się. Na śniadanie zrobiłam sobie szakszukę, im podałam ich ulubione placuszki. Wycisnęłam sok. Obiecałam sobie, że zadbam o nie jak najlepiej potrafię. To był dla mnie naprawdę przełomowy dzień.

Tego dnia przestałam się bać. Każdy kolejny udowadniał mi, że nie ma na świecie rzeczy, których nie uratuje… spokój. Zrozumiałam, że kluczową rzeczą, która będzie miała wpływ na nasze życie jest MOJE nastawienie. Mogę się poddać i pokazać dziewczynkom, że we trzy nic nie zrobimy… Ale mogę też pokazać im, że we trzy zrobimy jeszcze więcej. Że pojedziemy w góry, a potem nad morze. Że będziemy budować zamki z piasku, jeść gofry, a wieczorem spacerować po molo… I będziemy szczęśliwe. A potem wrócą… pobiegną do Taty… Dadzą mi buziaka, by za parę godzin zadzwonić, że już się stęskniły. Chcą tam, gdzie jest ich dom… Chcą do mnie…

To jest dziś moje szczęście. Akceptacja. W tym jednym słowie kryje się tak dużo emocji, dla mnie jeszcze trudnych, choć coraz bardziej przeze mnie oswojonych. Gdzieś pomiędzy pląta się strach, ale mniej zagląda mi w oczy. Bo nie straszne są poranki, wieczory, czy nawet noce. Kawa pita w samotności też zaczęła mi smakować.
Czasem boję się się o nie… Że choć mówią, że jest dobrze, gdzieś w środku czują dziecięcy ból. Widzę to w ich oczach, kiedy Tata koleżanek bierze je na barana podczas spaceru… a ja nie mam mocy wziąć je obie… Wtedy ściska mnie w dołku i z trudem hamuję łzy.

Ale tak bardzo staram się dawać im to co najlepsze, zapełniać im czas… żyć codziennością, że wierzę, że ten smutek w oczach kiedyś minie…
Zaakceptują.
Zrozumieją.
I nigdy nie powiedzą, że było im źle…

Tak. Zabrałam je w góry. Zabrałam spontanicznie nad morze. Przejechałam z nimi dwiema 8000 km w ciągu 3 miesięcy. Tego czasu nikt nam nie odbierze. Może bywają zmęczone. Tak jak ja. Ale kiedyś wspomną, że to było dla nich…