Co chwilę odkrywam nowe sposoby na to, by dziewczynki, będące w fazie „ale, że co do mnie mówisz Mamusiu?”, słuchały nas i brały sobie do serca nasze stanowcze słowa/ zakazy, które najczęściej wypowiadamy do nich z troski o ich bezpieczeństwo.
Po wprowadzeniu w życie zasady: „gdy mówisz do dziecka, zniż się do jego poziomu wzroku„, zauważyłam wielkie zmiany, bo faktycznie łatwiej jest nam coś zakomunikować im, kiedy patrzymy w ich oczy, a nie spoglądamy na nie z góry.
Teraz testuję kolejną regułę, która przynosi świetne efekty i którą Ty też, jeśli chcesz, by dzieci naprawdę Cię słuchały, powinnaś wprowadzić do Waszego życia.

„nie, nie, nie”…

Łatwo złapać się na ciągłym mówieniu „nie„. „Czy mogę obejrzeć jeszcze jedną bajkę?”. „Nie!”. „Czy mogę dokładkę?”. „Nie”…. Nie bij, nie krzycz, nie rób tego…
Wiesz jaki jest główny problem z mówieniem do dziecka słowa „nie„? Ano taki, że łatwo staje się nawykiem, który z czasem trudno wyplenić z naszego rodzicielstwa.
I o ile są uzasadnione przypadki stosowania tego słowa, zwłaszcza w kontekście niebezpieczeństw, które mogą się wydarzyć, kiedy nie będziesz stanowcza i nie powiesz „nie„, o tyle bywa, że innego słowa poza słowem „nie„, nie znamy…
A przecież można mówić „nie„, nie używając tego słowa i obserwować jak dziecko zmienia się nie do poznania…

O tej technice wspomniała mi ostatnio koleżanka, będąca psychologiem. Zapytała mnie, jak często mówię „tak„, w porównaniu do tego, ile razy mówię „nie„.

Cóż… faktycznie zdecydowanie za rzadko.
Potem opowiedziała mi, że badania pokazują, że chcąc sprawić, by nasze dzieci nas słuchały powinniśmy stosować regułę 5:1, czyli na jedno słowo „nie„, pięć razy powiedzieć dziecku „tak„!

Czy to działa?

Gdy przyszłam do domu zaczęłam wprowadzać w nasze życie nowo poznaną regułę. Gdy Wiki podeszła do mnie i powiedziała, że chce iść do sklepu w sukience Elzy, zamiast odpowiedzieć „nie„, powiedziałam „proszę bardzo„. Po 5 minutach sama zmieniła zdanie i tuż przed wyjściem zdążyła się samodzielnie przebrać.

Gdy posprzątałam, a One przyszły do mnie, pytając czy mogą wyciągnąć ciastolinę, już miałam odpowiadać „nie„, gdy zapaliła mi się lampka w głowie i choć wiem, że spodziewały się tego, że im nie pozwolę, ja przytaknęłam, a one szczęśliwe przyniosły wielkie pudło zabawek i zajęte były sobą przez kolejną godzinę. A potem o dziwo pomogły mi posprzątać.

I choć pozwalanie na pewne rzeczy wymaga ode mnie cierpliwości, której nie zawsze mam pod dostatkiem, zauważyłam ogromną zmianę. Po nitce do kłębka.

Teraz staram się mówić „nie” tylko wtedy, kiedy naprawdę któraś z nich znajduje się w niebezpieczeństwie lub gdy jestem całkowicie pewna, że jest to uzasadnione „nie„, a nie jest to tylko efekt mojego widzimisię, bo nie umiem znaleźć innego rozwiązania.

Oczywiście zastosowanie tej reguły nie oznacza, że będziemy pozwalać na wszystko. Bardziej chodzi o to, by w szacunku do dziecka i jego potrzeb, nie gasić go bezpodstawnym mówieniem słowa „nie„. Nie bo nie.

Gdy na przykład dziecko, tuż przed obiadem pyta, czy może coś zjeść, zamiast powiedzieć „Nie. Za chwilę jemy obiad”, możesz powiedzieć „Za 15 minut jest obiad. Mogę dać Ci trzy plasterki jabłka. Masz ochotę?

Zamiast podniesionym tonem zakomunikować „Przestań biegać po domu!” zaproponuj inne rozwiązanie „Może zechcesz poszukać ze mną innego sposobu na rozładowanie Twojej energii, niż bieganie po mieszkaniu?„?

Kiedy dziewczynki zauważyły, że mówię „nie” z ważnych powodów, a nie tylko z mojej wygody, zaczęły bardziej reagować na moje słowa. Reagują na słowo „nie” bardziej niż kiedykolwiek wcześniej!

A i mi jest lżej, bo zdecydowanie lepiej się czuję, gdy jestem na luzie, niż gdy jestem spięta ciągłymi zakazami.

Spróbuj! Może i u Was ta reguła 5:1 okaże się strzałem w 10!

Ps. Czapki i kominy od MyBasic. Kto nie zna firmy, zapraszam do zalajkowania ich FB (klik), bo to moje odkrycie tego roku! Wszystko jest super, jakość 1 klasa, kolory bombowe! Dla dzieci od 0 do 10 lat!