Dziś rano mnie zamurowało. Nie czytam wiadomości, nie oglądam telewizji, więc nie wiedziałam, co się wyprawia, a po wczoraj myślałam sobie: „w naszej szkole jest spoko, ufff…”

Myliłam się. 

Podjeżdżam pod szkołę „za dziesięć 8”, a moim oczom ukazuje się kolejka na minimum pół godziny czekania. I żadnego dystansu. Z sekundy na sekundę do uszu zaczyna dobiegać płacz (w szkole Wiki jest też przedszkole i zerówka…) pozostawianych dzieci. Podchodzę bliżej. Pytam, czy możemy wejść, bo nie przewidziałam tego scenariusza i nawet fizycznie nie przygotowałam się na czekanie w zimnie. Ot wybiegałam w krótkich spodenkach zarzucając lekką bluzę. Całe szczęście mnie wpuszczono. W sumie nawet nie mnie, a Wiki. Rodzice wchodzić nie mogą. 

Pytam Pana X, czy to wymóg by stać w kolejce, w oczekiwaniu na… no właśnie na co? Dowiaduję się, że każde dziecko musi zdezynfekować ręce. „Ja proszę Pani pilnuję dezynfekcji” – słyszę. No właśnie –  pilnuje, a za chwilę wszystko wymyka mu się spod kontroli. Tu podchodzi zapłakane dziecko, bo nie wie, gdzie ma iść… rodzice z przyklejonymi nosami stoją pod szkołą i zaglądają, gdzie ich dzieci. Tu jakaś mama zaczyna się słownie szamotać z Panem X, a dzieci omijają dezynfekcje i bokiem przechodzą – biegnąc do szatni, po drodze zdejmując maseczki… 

Stoję i czekam w Holu prosząc o kontakt z Panią Nauczycielką. Zapytana po co, odpowiadam, że dziecko wczoraj poszło z całą wyprawką i z tą samą wróciło. Nikt tego nie wyjął. Na plecach ryza papieru ksero… farby, kleje, kilka bloków… Proszę, by to zabrać dziś. Słyszę, że przekażą, bo „w szkole nie mogą przebywać rodzice…” Może przekażą. Może nie. 

I tak sobie myślę… dezynfekcja? Wystarczy, że dziecko Z jest nosicielem wejdzie, zdezynfekuje ręce przed szkołą… a idąc na przerwie – kichnie… wytrze nos o dłonie, dotknie poręczy, którą za chwilę dotknie kolejne, by po sekundzie zjeść pączka i nieświadomie oblizać swoje palce. Mi działa wyobraźnia. A ona bywa bujna…

Przedwczoraj chciałam zapisać Majkę do zerówki. W tej samej szkole. Dziś wiem, że tego nie zrobię. W przedszkolu mogę ją chociaż przytulić, a tutaj do szatni miałaby iść sama… 

I tak czuję tylko, widząc rodziców… i słysząc ich przekleństwa pod nosem… że każdy myśli sobie, że to zdalne nauczanie wcale nie było takie kiepskie. Gdyby tylko zechcieli nam za to zapłacić…