Wczoraj jedna z Was podesłała mi zdjęcie znanej blogerki, które wywołało wielką dyskusję w sieci i powstanie dwóch skrajnych obozów (jedni na tak, inni na nie) i spytała mnie o moją opinię: „Czy to wypada„? Być może widziałaś je, a jeśli nie miałaś możliwości, to powiem w jednym zdaniu, że chodzi o fotografię przedstawiającą pierwszą sekundę po porodzie – szczęśliwa mama, a obok niej, ciało do ciała, jej równie szczęśliwe dziecko. Widziałam to zdjęcie, ale nie czułam potrzeby komentowania go publicznie, bo nie dotyczy ono w żadnym wypadku mnie i mojej rodziny. Dziś jednak dostałam podobne zapytanie, w dodatku dwukrotnie. Postanowiłam zastanowić się, gdzie leży granica prywatności w sieci? Czy została przekroczona?

Ciekawa kwestia – prywatność w sieci. Odkąd wirtualny świat zaczął tętnić życiem, czyli od początków istnienia mediów społecznościowych, to nadal budzi szum i kontrowersje. Ludzie komentują to, co wrzucasz w sieć i nawet jeśli nie robią tego pod imieniem i nazwiskiem, lub nie mówią ci tego w twarz, to i tak Cię obserwują i wydają opinię – albo walną hejt , albo obrobią Ci tyłek za plecami w realu. Bo coś im się nie spodoba, bo uznają, że przekroczyłaś wszelkie granice. Bo oni, nie zrobiliby tego nigdy w życiu …

Nasunęło mi się tylko jedno pytanie – czy granica prywatności jest naprawdę jednym punktem, dla wszystkich takim samym? Przyznaję. Gdy zobaczyłam to zdjęcie, pierwsze co, to pomyślałam – przesadziła. Uaktywniła się we mnie chęć oceny. W dodatku oceny człowieka, a nie zdjęcia. Ale im bardziej zaczęłam nad tym myśleć, tym zdałam sobie sprawę, że to ja przesadziłam tak oceniając jej zdjęcie, a tym samym ją. Przyjrzałam się temu z drugiej strony. Kobieta, w dodatku medialna, która w sieci pokazuje swój świat, chciała podzielić się ze swoimi czytelnikami swoim szczęściem. Wrzuciła zdjęcie, w jej ocenie pokazujące tą jedną chwilę – moment pierwszego kontaktu ze swoim dzieckiem. Coś pięknego i magicznego. Zbyt prywatne wydarzenie jak na sieć? W czyich oczach? Jej czy Twoich?

Rozumiem, że Ty być może nigdy nie zrobiłabyś czegoś takiego. Ja najprawdopodobniej też. Ale nie ona. Ona jest inna. Zupełnie inna ode mnie i od Ciebie. Czy naprawdę musimy skakać jej do gardła i wyznaczać jej granice? W dodatku NA-SZE granice? 

Sieć to sieć. Prawdziwe życie to nie fotografia. To zlepek wielu atomów. Wielu wpadkowych, w których to zdjęcie jest tylko ułamkiem sekundy. Czy przedstawia coś pięknego, czy brzydkiego – nie nam oceniać. W zasadzie mam jedną zasadę – jeśli coś mi się nie podoba, to zwyczajnie na to nie patrzę. Odwracam wzrok. Nie gdybam – jak ona mogła uwiecznić coś takiego? Bo wiem, że mogła. To jej sposób na wyrażenie siebie. Jej świat. A właściwie jego mała cząstka …

Bo prywatność to wszystko to, co robisz w zaciszu domowym. Tu i teraz. Wczoraj i jutro. Prywatność to TY. Prywatna jest chwila narodzin Twojego dziecka, jego pierwsza kąpiel i pierwsze kroki. Prywatne jest to, że jesz obiad z rodziną, albo pijesz drinka z kumplem. To wasz czas. Czy muszę chcieć o tym wiedzieć, skoro to nie moje życie? Nie muszę. Ale zgadzając się założyć swój profil, zgodziłam się być częścią tego medialnego przedstawienia o nazwie „Życie”. Zgodziłam się być obserwatorem. I o ile sama ze sobą czuję się dobrze, odgrywając w nim swoją rolę, o tyle nie zabronię innym robić tego samego. Na swój sposób. 

pulipi