Dokładnie pamiętam, kiedy dostałam maila od dziewczyny mniej więcej o takiej treści: „Czuję się załamana. Do tej pory mój mąż średnio interesował się dziećmi, a wszystko było na mojej głowie. Od 2 tygodni nie mieszkamy razem. Szykuje się rozwód. Tymczasem On zapowiedział mi wczoraj, że zrobi wszystko, by odebrać mi dzieci. Ba. Przychodzi do nich codziennie. Dzwoni, żeby zapytać, czy wszystko ok. A ja czuję, że nie daję rady… boję się, że naprawdę zabierze mi dzieci, a przecież one to mój cały świat. Jedyny, który mi pozostał…”

W pierwszej chwili, czytając te słowa poczułam smutek. Chciałam odpisać, że jest mi przykro z tego powodu. A potem, słowo po słowu napisałam maila, w którym pierwsze słowa brzmiały: „Spokojnie. Oni walczą o dzieci tylko na początku. Potem dzieci muszą walczyć o nich…”

Jeśli czytasz te słowa i czujesz, że kieruję je właśnie do Ciebie, bo przecież dokładnie tak to wygląda u Ciebie, uspokoję Cię – nie jesteś sama. Każdego dnia, z podobnymi myślami bije się mnóstwo kobiet na całym świecie. Walka o dzieci nabiera rozmachu już od pierwszego dnia na pozór „innego życia„. Przepychanki, groźby tego, że zabiorą Ci dzieci, chęć widzenia ich codziennie, choćby pod przykrywką „dam im buziaka na dobranoc. Przecież tak bardzo za mną tęsknią…„. Cóż. Nie każda krowa, która miauczy, daje dużo mleka. A mówić to sobie można dużo…

Schematy

Jeden z najbardziej standardowych schematów to ten, w którym rodzic odchodzący z domu, zapowiada walkę (najczęściej jest to Ojciec). Co prawda ma on już swoją wizję życia, z dala od rodzinnego domu, ale wydaje mu się, że im więcej nagada, tym bardziej osłabi. Przy każdej nadarzającej się okazji zapowiada częste kontakty, w świątki, piątki i niedziele. Wakacje dzieli na pół, proponuje opiekę naprzemienną. Mówi dużo. W pierwszym tygodniu. A potem w każdym kolejnym jest jego jakby trochę mniej. Nagle nie może bo praca, albo wyjazd, albo zaplanowany weekend. Z 8 godzin w sobotę robi się 4, najlepiej z rana do południa, a w niedzielę lepiej, żeby dziecko odpoczęło. W domu.

Początkowy zapał i energia z czasem ustają. Jednym zajmuje to miesiąc, innym rok. Ale koniec prawie zawsze jest taki sam. Poznanie tego, jak smakuje codzienność bez dzieci, sprawia, że z czasem te same dzieci, które chciało się wyrwać od matki, stają się przeszkodą do nowego życia. A przecież o to chodziło – by zacząć z nową walizką, a nie ze starym „podręcznym bagażem„, prawda?
I zanim Ty zaczniesz na nowo układać sobie życie, on zrobił to już dawno…

I wtedy właśnie przychodzi ten moment, kiedy przestaje walczyć o dzieci, które zaczynają walczyć o niego…

„Zabierze mnie Tata do siebie na weekend”?

„Tatuś dziś nie może kotku. Ani jutro. Ani pojutrze”. A potem dni lecą, a On się wcale nie pojawia tak często, jak chciał na początku. Zjawia się tylko z doskoku, kupuje prezenty i paczki słodyczy. Czasami zabierze do kina, albo odrobi zadanie z matematyki. Z telefonem w ręku odlicza minuty, aż będzie mógł wyjść. Misja wykonana. A cała reszta? Przejmuj się sama. Pranie, gotowanie, wychowanie? – nauka dobrych manierów, rozmowy o dorastaniu, pierwsza miesiączka? To nie moja bajka. Najważniejsze, że batonik kupiony w Biedronce się zgadza. I do następnego razu. Paa.

Gdybyś wcześniej wiedziała…

Wiem, że gdybyś wcześniej wiedziała to kilka lat temu, byłabyś spokojniejsza. Że zamiast bić się z myślami, że nigdy dziecka nie oddasz na tydzień, dałabyś je chętnie – i równie szybko dostała z powrotem. Pierwsza gorączka, a on już dzwoniłby do Ciebie z informacją, że w chorobie najlepiej jak dziecko jest przy matce.
Zaproponowałabyś mu wtedy wszystkie weekendy i połowę wakacji, skoro chce. Plus dodałabyś wizyty u lekarza, bilans czterolatka, szkolne przedstawienia, zajęcia dodatkowe. Nie gryzłabyś paznokci, że dziecko wybierze jego, choć wcześniej mało go na oczy widziało…
Żyłabyś lżej. Wiem. Bo ja żyłabym dokładnie tak samo.

Więc się nie martw.
Możesz dużo słyszeć na początku, ale koniec końców to Ty będziesz tą, która ukradkiem napisze mu SMS „A może byś przyjechał jutro zobaczyć dzieci?”…
żeby po chwili usłyszeć brzęczenie w komórce, na której wyświetlaczu przeczytasz: „Pogadamy o tym następnym razem…”

 

Ps. Do napisania tego artykułu skłoniły mnie refleksje po wielu rozmowach z Wami. Wiem, że nie każdy Ojciec po rozstaniu jest taki… Są tacy, którzy dla dzieci zrobiliby wszystko. Po roku, dwóch czy dziesięciu latach. Tak naprawdę to tylko kwestia świadomości i odpowiedzialności. A ta albo jest od początku, albo jej nie ma nigdy.
Choć tego życzę sobie i każdej z nas. By pomimo rozstania dla dzieci pozostać rodzicami na każde ich zawołanie. Każdą potrzebę. W końcu to „wspólny podręczny bagaż„, którego w życiu nie powinna zastąpić żadna nowa walizka…

Ps. Podręczny bagaż to tylko przenośnia 🙂