Pamiętam tę scenę tak wyraziście, jakby rozegrała się wczorajszego dnia. A minęło już ponad 4 lata. Byłam wtedy na początku swojej ciążowej drogi i wszystkimi zmysłami chłonęłam każdy element mojego przyszłego macierzyństwa, który dobiegał do mnie z otaczającej mnie rzeczywistości. Wielokrotnie w ciagu dnia zwalaniałam celowo tempo, po to by móc przystanąć, przeanalizować zasłyszane słowa i przewijające się obrazy niczym w kalejdoskopie. Obserwowałam matki, które dumnie spacerowały parkiem nieśmiało zaglądając w swoje nowe, designerskie wózki rzucając ukradkiem swe spojrzenia w kierunku matek idących obok lub w przeciwną stronę. Pewnie i one analizowały. Jak ja. Siadałam też na ławce, tuż obok dzieci bawiących się na placu zabaw, głaszcząc swój rosnący z każdą godziną brzuszek i patrząc na zachowanie innych mam. Bacznie je śledziłam. Wyłapywałam to co mi się podobało, a to co raziło starałam się zapamiętać równie mocno. By unikać tego czy owego, co w moim odczuciu było niestosowne lub niezbyt mądre. I wcale nie mam na myśli wzniosłych rzeczy. To były drobnostki. Ale miałam wrażenie, że w ten sposób uczę się lepiej niż jakbym przeczytała sto poradników dobrego wychowania. Bo wydawało mi się, że nic nie stanowi lepszej nauki jak przykład. Nie koniecznie własny. Bo nie tylko osobiste błędy korygują nasze podejście do wielu spraw. Cudze również. Tak mocno w to wierzyłam. A życie pokazało mi jak to jest naprawdę …

Gdy któregoś razu siedzieliśmy z Bartkiem w naszej ulubionej restauracji, rozmawiając o tym jak będzie wyglądać ONA, jak damy jej na imię, po kim odziedziczy charakter i co z niej wyrośnie, moim oczom ukazał się obraz modelowej rodziny. On wysoki, przystojny brunet, ona krucha i drobna szatynka i ich dwójka dzieci. Porządnie ubrani, na moje oko dość zamożni ludzie, którzy pochłonięcie byli żywą dyskusją w swoim własnym rodzinnym gronie. Wyglądali naprawdę uroczo i doprawdy widziałam naszą rodzinę w tym samym miejscu, z takimi samymi wypiekami na twarzy i z tym spojrzeniem pełnym ciepła i miłości. Rozmawiali i jedli. Każdy pochłaniał swoje dania wcale nie szybko. Wolno rozkoszowali się każdym kęsem. I gdy tak zapatrzona byłam w nich bardziej niż we własnego męża, usłyszałam cichy głos ich niespełna 4 -letniego synka „Mamusiu, boli mnie brzuszek„. Drobna szatynka, która tak ufnie spoglądała na swojego bruneta – nie usłyszała. Słyszałam ja, lecz nie ona. Ich syn znów z lekkim grymasem na twarzy rzekł „Mamusiu, boli m-n-i-e brzuch„. Już miałam ochotę podbiec i go pomasować albo podać do popicia ciepłą wodę. Drobna szatynka, do której właśnie dotarły słowa jej syna, wcześniej wyglądająca na pełną matczynej miłości kobietę, odwróciła się i stanowczo rzekła tak, że usłyszałam i ja każde jej słowo: „Czyja to wina? Twoja. Trzeba było tyle nie jeść. Napchałeś się i boli Cię brzuch. Czy Ty nigdy nie potrafisz znaleźć umiaru? Zresztą spójrz na swoje spodnie. Znów je ubrudziłeś. Prosiłam Cię byś jadł kulturalnie. Ja swoje, a Ty swoje. Nigdy mnie nie słuchasz. Spójrz na swoją siostrę” … i tak mówiła i mówiła do syna, któremu łza zakręciła się na prawym policzku. Zacisnął zęby, wzrok skierował najpierw ku mnie, a potem utkwił go w swoim już pustym talerzu. Chciałam wziąć szatynkę na słówko i powiedzieć jej to, co zawsze powtarzała mi babcia, gdy bolał mnie brzuch z przejedzenia. Wołała wtedy „Znaczy się, że smakowało. Poboli i przestanie”. Miałam ochotę podejść do tego chłopca i powiedzieć mu „Nie słuchaj jej. Wiem, że to Twoja Mama, ale nie bierz na serio tego co mówi. Małe dzieci nie znają czasem umiaru. Małe dzieci maja prawo mieć brudne ubrania. Bo małe dzieci to tylko dzieci”.  Nigdy nie sądziłam, że małemu dziecku można powiedzieć tak wiele słów w odpowiedzi na zwykłe „Mamusiu, boli mnie brzuch„. W tym momencie poczułam dłoń Bartka silnie mnie chwytającą „Chodź idziemy, już zjadłaś” – rzekł. „Chyba się zamyśliłaś lekko” – dodał. Poszliśmy, zostawiając ich w tamtej restauracji. Samych. Samych ze sobą. Niby tak idealnych. Wtedy dla mnie nieidealnych. 

Tamtego wieczora, gdy wróciliśmy do domu, myśląc o sytuacji, której byłam nieproszonym świadkiem, przyrzekłam sobie „Nigdy nie będę tak rozmawiać ze swoim dzieckiem”. Nigdy. Nie tak. Nie tym tonem. A przede wszystkim z uwzględnieniem tego, że to tylko dziecko. Analizowałam to wszystko, z góry zakładając, że nigdy nie popełnię takich błędów. Że zawsze będę cierpliwie słuchała, nie irytowała się z powodu drobnostek, nie porównywała, pozwalała na przejaw dziecięcych fantazji naszych dzieci z lekką kontrolą, lecz z dozą całkowitego zaufania. Gdybym wtedy wiedziała jak bardzo się myliłam …

Jakiś czas temu siedzieliśmy w tej samej restauracji. Minęły 4 lata. Wiki zajadała sie swoim ulubionym daniem wciskając kluskę po klusce. Nagle całkiem śmiało rzekła „Mamusiu boli mnie brzuch„. Rzekłam wtedy „To po co tyle jadłaś. W ogóle zobacz jak wyglądasz. Wszystko brudne. Jak świnka” … I gdy tak mówiłam, przypomniałam sobie tę rodzinę, tę szatynkę i tego chłopca …

Popełniłam ten sam błąd, którego tak bardzo chciałam uniknąć. Od zachowania szatynki, której nigdy więcej nie zobaczyłam, dzielił mnie tylko ton głosu. Mój wydawała się być bardziej spokojny. Chociaż – może obok nas siedziała jakaś inna para i ona – obserwatorka głaszcząca swój rosnący brzuszek? Może patrzała na mnie myśląć sobie „Nigdy nie będę tak rozmawiać ze swoim dzieckiem”. By po latach znów zatoczyć podobne koło?

Ta jedna sytuacja uświadomiła mi, jak bardzo muszę pracować nad sobą. To, co dziś słyszą moje dzieci, chcąc nie chcąc będą pamiętać. A tylko od nas zależy jakie te wspomnienia będą. Człowiek uczy się na własnych błędach. Na cudzych nie bardzo. Ja już kilka popełniłam. Albo kilkanaście. Któż to wie. Ale staram się. Każdego dnia siadam i analizuję. Nie zachowanie mam które żyją obok mnie. Teraz patrzę na siebie. Na swoje ręce. Patrzę i czasem czuję złość a czasem dumę wielką. Że nam się udaje. Wychować małego człowieka. Na kogoś wielkiego. I pomimo tych wpadek wielkich lub małych idę do przodu. Z nimi obok. 

Wię nigdy nie mów „nigdy„. Patrząc – nie krytykuj. Bo w tym rodzicielskim trudzie i szczęściu zarazem, jedziemy na tych samych wózkach. Ty i ja. Do celu, który sprowadza sie do jedego zdania „Dziekuję za to, że mnie wychowałaś mamo„. Najlepiej jak tylko się da. Teraz, gdy sama jestem mamą wierzę, że tamta szatynka robi to samo co ja. Wychowuje najlepiej jak potrafi. I kocha. Czasem się zezłości, lecz kocha. Najmocniej i wyjątkowo.

Prawda?

nowe-1-1043-horznowe-1-1042nowe-1-1041nowe-1-1040nowe-1-1035nowe-1-1033nowe-1-1034nowe-1-1032 (2)nowe-1-1031 (2)nowe-1-1030 (2)Ps. Widzisz, te piękne prześcieradełko z łóżeczka Mai? To nasz nowy nabytek znaleziony w FABRYCE PRZEŚCIERADEŁ. Ich stronę znajdziesz TUTAJ.