Dwa lata temu nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielką pracę wykonują samodzielne Mamy. Wydawało mi się, że nawet jeśli „samotnie” wychowują dzieci na co dzień, to przecież mają wsparcie rodziny, przyjaciół, no i drugiej strony, która przecież nie zapomniała o byciu Tatą.

A gdy sama zostałam samodzielną Mamą, życie zweryfikowało moje przypuszczenia. Dopiero od tego momentu zdałam sobie sprawę, że bycie samodzielną Mamą to niewidzialna praca. Nikt jej nie widzi oprócz Ciebie. Ani były partner, choć jeszcze wcześniej wiedział, jak to jest na co dzień, ani bliscy, którzy nie pytają wcale: „Jak mogę Ci pomóc”? Bo to takie oczywiste, że ogarniasz…

Ok. może masz jeden lub dwa popołudnia „wolne”. Może masz wolny weekend, gdy On zabiera dzieci. Czas na swoje obowiązki czy przyjemności. Ale nijak ten „wolny” czas ma się do tego, co wykonujesz każdego dnia. I w tym jesteś sama.

W tych czynnościach nikt Cię nie wyręczy. Nikt Ci nie powie: „Zostaw – ja to zrobię”. „Usiądź”. „Odpocznij”. „Zróbmy to razem”. „Pomóc?”.

I gdzieś pomiędzy robieniem śniadań, obiadów czy kolacji, robisz przelewy, odpalasz pranie, wycierasz podłogę. Wymyślasz przepisy. Pracujesz. Odprowadzasz do szkoły i przedszkola. Szykujesz szkolne lunchboxy. Potem przypominasz sobie, że tydzień temu zostały mokre ubrania w samochodzie i już wiesz, skąd ten zapach, którego nie ogarniasz. Ale wtedy nie dałaś rady. Niosłaś na rękach jedno dziecko, gdy drugie wołało, że chce siku… Zapomniałaś. Zapominasz każdego dnia. Szukasz nawet kluczy od mieszkania. Taka rzeczywistość. 

Czytałam kiedyś o tym, że badania pokazują, że kobiety będące w związkach coraz częściej czują się odpowiedzialne za zarządzanie domem i rodziną, przez co stają się mniej zadowolone z życia i małżeństwa. Badania te w świetle mojej samodzielności wydały się dla mnie dość interesujące.

Bo choć JA jestem całkowicie odpowiedzialna za pracę, której nikt inny nie widzi, prócz mnie i mogłoby się wydawać, że to powoduje moje psychiczne obciążenie, to jednak jest jedna rzecz, która stanowi różnice pomiędzy mną, a kobietami które są w związku małżeńskim – nie czuję do nikogo urazy, o ile można to tak nazwać. Albo inaczej. Nie mam w stosunku do innych osób żadnych oczekiwań. Przez co, choć wydaje się, że jest ciężko, jest mi lżej.

Samodzielnie ciągnę ten bagaż, wiedząc, że jest tylko mój. Nie muszę czekać, aż ktoś mi zaproponuje, że mnie odciąży. Umyje, pozmywa, zatankuje, opłaci. Nie muszę mówić i prosić. A tym bardziej błagać.
Codziennie, choć z trudem, planuję, organizuję i zarządzam swoim czasem. Wiem, że muszę. Nie mam innego wyboru. Nie użalam się nad sobą. I prawdą jest, że choć łatwo nie jest, to czerpię przyjemność z ciągnięcia swoich „bagaży”. Od ponad roku dziewczynki są szczęśliwe. Mieszkanie nadal stoi. Nikt nie ucierpiał. Nikt nie głoduje. Lekko nie jest. Ale jest. Codziennie na nowo do przodu…

Oczywiście są dni, gdy zdrapuję skórę zębami, a dodatkowa para rąk przydałaby się po stokroć. Wieczorami ktoś, kto podałby kubek z herbatą, albo pomasował obolałe stopy, byłby wybawieniem…
Niemniej świadomość, że dajemy we trzy radę z uśmiechem na ustach jest tak pozytywna, że tym z Was, które są na początku swojej samodzielnej podróży, chciałabym powiedzieć dwa zdania.

Może Ci to zająć Kochana trochę czasu, nim pozbierasz się w garść i do kupy poukładasz życie, ale bądź pewna, że ostatecznie zyskasz dużo więcej. Niezależność, siłę i dumę z siebie.
A kiedy łzy już nie będą kapać, zrozumiesz, że dałaś radę. I tej świadomości nie odbierze Ci już w życiu nikt. Nigdy. A to, że byłaś w tym trudnym okresie najlepszą Mamą dla swoich dzieci, wynagrodzi się Tobie wtedy, gdy po latach z ich ust usłyszysz „Dziękuję”…

Choć przypuszczam, że tak jak ja słyszysz codziennie: „Kocham Cię Mamusiu”. I mi to wystarcza… A Tobie?