Kiedy pracowałam w zawodzie, miałam kiedyś tak zwany „ciężki przypadek”. Był pewien chłopiec, rehabilitowany z powodu słabego napięcia mięśniowego. To nie była jego jedyna dolegliwość. Miał ich mnóstwo. Siła jego rodziców, ich determinacja w walce o lepsze jutro chłopca, były czymś niezwykłym. Do dziś pamiętam ich i ich historię. Chłopiec, na codzień łagodny i zamknięty w sobie, raz na jakiś czas, dostawał pewnych ataków, niedokońca sklasyfikowanych, które polegały na tym, że w furii był w stanie zrobić sobie nawet krzywdę. Nie reagował na nic, być może w wyniku słabego czucia głębokiego. W chwili ataku, stawał się kimś zupełnie innym. Pewnego razu, jego mama opowiedziała nam, że znalazła na niego sposób. Co prawda mógłby wydawać się on brutalny, ale … im pomógł radzić sobie z rzeczywistością. Po prostu gdy jego atak przybierał na sile, mama lekko uderzała go w … twarz. Nie. Nie biła go. To nie był mocny, siarczysty policzek. To było lekkie dotknięcie twarzy, po którym chłopczyk, nagle wracał do normalności. Nie wiem czemu akurat to powodowało tą zmianę. Dla nich było ważne to, że skutkowało … 

Przypomnienie sobie tej sytuacji, skłoniło mnie do pewnych refleksji. Być może nie będzie to odkrycie na miarę nagrody Nobla, ale wiem, że są wśród nas tacy rodzice, którzy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że pozwolenie dziecku raz na jakiś czas uderzyć siebie w twarz, jest cenną lekcją nie tylko nas, ale też dla nich.

Nie. Nie. Moje dziecko mnie fizycznie nie bije. Ja też nie biję swojego dziecka, a już na pewno nie walę go po twarzy. Ale ono robi to systematycznie. Co pewien czas „uderza mnie w policzek”, czyli mówiąc językiem mniej symbolicznym … sprowadza mnie na ziemię. Pozwalam na to, odkąd zrozumiałam, że z dziecięcej perspektywy wszystko wygląda inaczej, a zrozumienie tego, może nam pomóc wystrzec się nawet pewnych wychowawczych błędów.

Kiedyś rozmawiałam z koleżanką, która powiedziała, że nie pozwala sobie przy dziekcu przyznać się do błędów, bo gdyby to zrobiła, straciłaby w jego oczach autorytet. Ja myślę zupełnie inaczej. Powiedzenie dziecku: „Tak. Popełniłam błąd. Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś”, sprawia, że uczymy je, że relacja rodzic-dziecko opiera się na wzajemnym słuchaniu, wzajemnym wyciąganiu wniosków i wspólnym szukaniu rozwiązania. To relacja ciepła i przyjacielska. Raz Wiki, kiedy Majka była jeszcze mniejsza, przyszła do mnie ze łzami w oczach, mówiąc, że jej nie kocham. Wiesz, co wtedy poczułam? W myślach tysiąc pytań, jak, gdzie, dlaczego … po czym spytałam: „Czemu tak myślisz Kochanie?”. Odpowiedziała mi, że częściej przytulam Majkę, a ona jest jakby z tyłu … „Dostałam w twarz”. Miała rację. Gdy sięgnęłam tydzień wstecz, zobaczyłam, że faktycznie tego tygodnia, mało uwagi poświęciłam Wiki, a moja uwaga skupiała się na Majce. Były ku temu pewne powody, bo ząbkujące dziecko, w dodatku marudne, wymaga uwagi i tą uwagę starałam się jej dać, ale przy tym kompletnie pominęłam Wiki, która w tym czasie miała swoje potrzeby. Równie ważne. Nie zganiłam jej. Przyznałam się do błędu. Wytłumaczyłam jej mój punkt myślenia, po czym obiecałam poprawę. Tak. Usiadłam z 4 – letnim dzieckiem i wspólnie znalazłyśmy wyjście. Takich „siarczystych policzków” dostaję od niej wiele. Potrafi powiedzieć mi: „Obiecałaś … i nie zrobiłaś … jest mi przykro”, albo wyłapać moje kłamstwo. Wtedy się reflektuję …

Doceniam, że mam koło siebie kogoś, kto mimo młodego wieku, uczy mnie, „starą babę”, jak żyć. Jak cieszyć się tym życiem i jego każdą minutą, a nie przejmować się drobnostkami, takimi jak brudna szklanka w zlewie. Bo choć ta szklanka wadzi, owszem, to czy postoi tam godzinę, czy dwie dłużej, nic jej się nie stanie. Nadal będzie stała. Dalej taka sama … Doceniam, że czasem „dostaję w twarz”, schodzę na ziemię i idę dalej – lepsza jako mama i lepsza jako człowiek …

  • Agata Wierzgacz

    po powrocie z Julką z porodówki , byłam tak zajęta córeczką i nową sytuacją że syn powiedział mi i mężowi że Go już nie kochamy , bo tylko Julka i Julka .Do dziś pamiętam te łzy i smutek syna .