Wpis pisany aż 2 lata temu, a dziś tak bardzo na czasie…

Dołączysz do mnie?

Dziś rano napisałam Wam, że wybywam z dziewczynkami na całą ostatnią sobotę wakacji. Gdzieś. Zarazem poczułam wewnętrzny przymus, że powinnam napisać ten nowy wpis, bo od dwóch dni spoczywam na laurach, a w ogóle ten tydzień, odkąd Młoda poszła do przedszkola, był totalnym przeorganizowaniem wszystkiego. Czasu wstawania, drzemek Mai, pór kładzenia spać itd. W rezultacie czułam się wykończona fizycznie i każdy skrawek mojego ciała domagał się resetu. A ja nadal żyłam w poczuciu, że „muszę coś zrobić„. Że muszę posprzątać, umyć, poskładać, napisać. Muszę, muszę, muszę. To słowo chodziło za mną i odczepić się nie chciało. Powtarzałam je jak mantrę. Wczoraj jednak powiedziałam sobie „dość!”. Nic nie muszę. Co najwyżej mogę, jeśli chcę. Tyle, że tym razem nie chciałam. Nadal nie chcę. Nie chcę nic robić. Dziś mam dzień, w którym nikt mi nie wmówi, że coś powinnam. Właśnie patrzę na pusty talerzyk po budyniu, który zjadła Wiki. Wiem, że wartało by go umyć. Ale niech sobie tak poleży do rana. Totalnie mi on nie przeszkadza. Pomidory, które czekają na to, by je w końcu wpakować do słoika też niech sobie poleżą. I te nieszczęsne klocki lego porozrzucane po pokoju. Może powinnam je włożyć do pudełka? Nie zrobię tego. Jutro i tak wylądowałyby z powrotem na podłodze. Szkoda mojej energii. 

Właściwie to dziś pakując się rano zabrałam ze sobą aparat. Normalnie uważałabym, że w tak piękny dzień jak dziś, znajdą się chwile, które warto uwiecznić. Dla potomności. I owszem. Zaczęłam dzień od naciśnięcia migawki. A potem pomyślałam sobie, że nie trzeba. Nie. Dziś nie trzeba. Schowałam więc moją lustrzankę do torby i dlatego nie zobaczysz pięknych kadrów, prócz tego jednego, profilowego. Ale nie obraź się. Po prostu chciałam mieć ten dzień tylko dla siebie. Dla nas. W mojej głowie są piękniejsze obrazy, niż te, co pokazuję tu na co dzień …

Zazwyczaj moje dni wyglądają tak samo. Gdy dziewczynki idą spać ja zabieram się za pracę. Tłumaczę sobie zawsze, że taki żywot mamy. Wiesz, ze nie pamiętam kiedy ostatnio włączyłam Tv? Kiedy siadłam z gorącą herbatą w kubku i beznamiętnie gapiłam się w ekran telewizora? Zawsze jest coś. Ale nie dziś. Dziś jest dzień w którym nic nie muszę. Więc pozwól, że się wyloguję i wrócę do Ciebie jutro. Rozsiądę się na kanapie, nogi zarzucę pod kocyk, włączę sobie „Dirty Dancing” (lubisz?), albo … „Pretty Woman” i będę setny raz oglądać, aż mi się zamkną powieki …

Ja wiem, że Ty też tak czasem masz …

Bo każdemu się należy …

Ten jeden dzień …

Dzień, w którym nic nie musisz, jeśli tylko nie chcesz …

Ahoj!