Był ciepły czerwcowy poranek. Piękne słońce zbudziło nas o świcie. O ile pozostali domownicy  po zjedzonym śniadaniu czekali na to co dobrego przyniesie dzień ja od rana marzyłam już tylko o wieczorze. W porannej pobudce nie pomogła nawet kawa, a jej aromat unoszący się po całym domu, z minuty na minutę przyprawiał mnie o mdłości.  Noc nie należała do udanych. Powoli rosnący brzuszek  nie pozwał mi leżeć w mojej ulubionej pozycji, a nowy lokator coraz częściej dawał o sobie znać. Siedziałam na kanapie i niemo wpatrywałam się w okno. W pewnym momencie mój spokój umysłu przerwał głośny trzask. Huk połączony z okropnym płaczem Wiktorii. Przybiegła do mnie. Nim o cokolwiek spytałam, spojrzałam czy nic jej nie jest. Była cała. Teraz wolno łkając przez łzy wytłumaczyła ze swoją dziecięca szczerością

– Mamusiu , jaaa, jaaa naprawdę nie chciałam … chciałam tylko wyjrzeć przez okno … zobaczyć Tatusia i ta ..ta piękna donica od Wujka Denisa … Ona się rozwaliła … Mamusiu ja nie chciałam. Przepraszam …

Gdy tak mówiła „przepraszam”,  coraz mniej to do mnie docierało, jakbym była głucha na jej słowa. Za to fal złości zalała mnie do tego stopnia, że kazałam jej wyjść do pokoju. Spuściła wzrok, jeszcze bardziej się rozpłakała po czym pomaszerowała do siebie delikatnie zamykając drzwi. W międzyczasie zdążyłam posprzątać przyglądając się resztkom mojej wyjątkowej donicy.  Wciąż czułam złość i nim się obejrzałam minęło pół godziny odkąd siedziała za zamkniętymi drzwiami. Nawet nie wyszła,  czasem tylko słyszałam cichy lament.  W końcu poszłam do niej i od niechcenia rzuciłam:

Ładnie się zachowałaś ?  Ta donica to był wyjątkowo drogi prezent, a Ty go zniszczyłaś

Mamusiu nie chciałam – rzekła

Jakbyś nie chciała to byś uważała

Ja naprawdę nie chciałam. Sama spadła

Czemu nie uważasz?  Skaczesz po domu jak małpa –  mówiłam coraz głośniej i głośniej, aż nagle sama uświadomiłam sobie, że mój ton głosu jest nie na miejscu. Policzyłam do 5 i rzekłam:

To ja przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałam. Dobrze Kochanie, że nic ci się nie stało. To mogło skończyć się o wiele gorzej, więc następnym razem musisz uważać.

Dobrze Mamusiu – rzuciła krótko, po czym na jej twarzy zmalował się uśmiech.  Przytuliła mnie i pobiegła otworzyć Tacie drzwi. Jak gdyby nigdy nic. Ale we mnie nadal kipiało. Może nieco mniej, ale wciąż. Nie chciałam dać tego po sobie poznać, więc pozostawiając ich ze sobą, wyszłam czym prędzej do sklepu obok kupić sobie ogromną tabliczkę czekolady. Zjadłam ją w drodze powrotnej do domu, mając nadzieję na to, że poprawi mi humor. Gdy przekroczyłam próg mieszkania Wiki rzuciła mi się na szyje i lekko, a zarazem ironicznie rzekła:

Już Ci lepiej Mamusiu?

Mąż nieświadomy, a może już uświadomiony przez Młodą przytulił mnie, po czym rzekł:

– Jutro będzie lepiej, zobaczysz …

Tego nie byłam pewna, bo ciąża tak dawała mi we znaki, że miałam świadomość tego, że lepiej to dopiero będzie po porodzie. Ale przed nami był piękny dzień, więc trzeba go było jakoś wykorzystać. Planów nie mieliśmy, więc Wiki rzuciła propozycję

– To może na plac zabaw rodzice?

Nie mogliśmy jej odmówić. Szybko zebraliśmy się, po czym wpakowaliśmy do auta i ruszyliśmy przed siebie. W międzyczasie mąż dostał telefon z pracy i nasze plany legły w gruzach. On musiał szybko jechać do firmy, a nam pozostało iść na huśtawki i czekać na niego. Nie uśmiechało mi się to, bo mówiąc szczerze liczyłam na to, że to on będzie się zajmował Małą, a ja w końcu poczytam zapomnianą książkę. Zacisnęłam jednak zęby i zebrałam się w sobie. Szłyśmy więc z Wiki na górkę. Ona trzymała mnie ufnie za rękę i nuciła piosenki. A ja nuciłam razem z nią, czasem błądząc myślami gdzieś daleko. Nagle Wiki, zauważając idącą dziewczynkę rzekła:

– Mamusiu zobacz, ta dziewczynka jest biedna

Czemu Kochanie? – odparłam

– Mamusiu, ona nie ma Mamy i Taty, idzie sama. Nie to co ja

– Uśmiechnęłam się lekko, nie sądząc, że dopiero za jakiś czas dotrze do mnie co tak naprawdę powiedziała Wiki. 

Gdy dotarłyśmy na plac zabaw, na widok tłumu biegających dzieciaków miałam ochotę uciekać jak najdalej. Z dala od gwaru, chichotów i płaczu. Marzyłam by Bartek wrócił jak najszybciej. Usiadłam na ławeczce obok i obserwując bawiącą się córkę, snułam wizję naszego nowego domu. Obok mnie siedziały inne kobiety. Każda patrzała w inną stronę. Wzrokiem szukały swoich dzieci. Jedne miały nosy wtopione w komórki, inne czytały gazety. Jeszcze inne myślały tak jak ja. Niektóre były szczupłe, inne nieco pulchniejsze. Ale jedyną myślą, która wtedy przyszła mi do głowy, było to, że wszystkie jesteśmy Mamami. Może żadna to twórcza myśl nie była, ale sprawiła, że zrobiło mi się trochę lżej. Nagle straciłam z oczu Wiktorię. To była chwila moment i  Mała spadła z drabinki. Gdy usłyszałam jej płacz, przypominający ten z rana, tylko 10 razy mocniejszy, wiedziałam, że dobrze nie jest. Gorączkowo podbiegłam do niej. Początkowo myślałam, że to coś poważnego, ale po dokładnych oględzinach okazało się, że jedynie rozwaliła sobie kolano. Byłam na nią wściekła. Zamiast przytulić – nakrzyczałam. Nagle usłyszałam kobiecy głos:

Czemu krzyczy Pani na swoje dziecko?

Bo rozwaliła sobie kolano – rzekłam szorstko

Ale to Ona sobie rozwaliła kolano. Powinna nakrzyczeć sama na siebie. Pani krzyk nic nie zmieni. Chyba największą karą dla niej, o ile można w ogóle karać dziecko jest to, że ją boli – rzekła kobieta, na moje oko ok 40  lat , zadbana brunetka w okularach przeciwsłonecznych.

Pierwszą moją myślą było jej odpowiedzieć – Co Pani wie o dzieciach? Ale, że jej stoicki spokój udzielił się i mnie rzekłam:

Bo wie Pani, ona sobie dzisiaj grabi cały dzień, rano stłukła moją ukochaną donicę, drogi prezent, teraz kolano, strach pomyśleć co będzie wieczorem

Kobieta zdjęła okulary, spojrzała na mnie, na moment odwróciła głowę w drugą stronę, po czym ponownie spoglądając mi w oczy rzekła:

Chciałabym, by moje dziecko codziennie tłukło wszystkie talerze świata, wazy i donice, chciałabym by każdego dnia rozwalało sobie kolana na placu zabaw, nabijało siniaki, bym te kolorowe plasterki jej kupowała, naklejała i codziennie tuliła do piersi. Bardzo bym chciała, ale niestety … gdy tak mówiła, głos coraz bardziej jej drżał. Dokończyła jednak ..

Ale niestety nigdy nie będzie mi dane widzieć jak Ona to robi … Moja córeczka zginęła w wypadku, miała tylko 5 lat … zginęła i to z mojej winy … Codziennie przychodzę tutaj od 5 lat … Zresztą kojarzę Panią, Pani przychodzi tu dość często

Ja widzę Panią pierwszy raz . … Tak wogóle …Bardzo mi przykro, naprawdę jest mi przykro – rzekłam

Dziękuję. Czas mija, rany są i nigdy sie nie zagoją, ale z każdym dniem jest nieco lżej …

Nagle Wiki ciągnąc mnie za sweter rzekła: –

Idziemy już Mamusiu? Tatuś przyszedł, ma plasterki, ałć jak mnie boli ….

Tym razem mocno przytuliłam ją do piersi, po czym delikatnym głosem powiedziałam: 

Już dobrze kochanie, idziemy, do wesela się zagoi mój Ty Okruszku

Pani z placu zabaw lekko uśmiechnęła się. Pożegnałam ją i ruszyliśmy do auta. Szłam zamyślona wciąż myśląc o niej, gdy nagle Wiki zawołała:

– Tatusiu, tatusiu znów ta dziewczynka

– Jaka dziewczynka Kochanie?

– Ta biedna dziewczynka. Ona nie ma Tatusia i Mamusi, bo idzie sama. Nie to co ja. Ja to jednak jestem bogata ,bo mam Was,  co?

Usłyszałam to i zapłakałam. Dopiero teraz uświadomiłam sobie piękno tego co powiedziała Wiki. Ta mała osóbka, która bogactwo postrzega przez pryzmat szczęścia. Szczęścia z posiadanej rodziny, poczucia bezpieczeństwa i miłości. Ona, taka malutka, a potrafi docenić. Docenić to co ma …

Przypomniałam sobie cały dzień. Dzisiejszy, wczorajszy. Ile to razy byłam na nią zła. Na nią, na męża. Za nic. Za pierdoły. Za rzeczy małe i nieistotne. Ile razy w życiu nie doceniałam tego co mam . A  mam na prawdę dużo – mam męża, córkę, drugą w drodze, mam mieszkanie, pracę i zdrowie. Stać mnie na bilet do kina, mogę czasem kupić dziecku zabawkę,  wyjść na obiad do restauracji. Mam naprawdę dużo. I nie oczekuję więcej. Wiem, że mogę mieć gorszy dzień, jak każdy, ale czy niechcący zbita donica, może być powodem mojej irytacji na własne dziecko? Przecież to tylko … donica – pomyślałam.

Tamtego popołudnia, gdy wróciliśmy do domu cały wieczór spędziłam tuląc się do Małej, zmieniając jej plasterki na stłuczone kolano. Myślami byłam z nią i czasem z Panią z placu zabaw. Wyobraziłam sobie  jak wraca do pustego domu i ogląda album ze zdjęciami … znów zapłakałam.

Wtem podeszła do mnie Wiki, przytuliła mnie i powiedziała:

Mamusiu nie płacz. Kocham cię tak, że ojeju, a ta donica to naprawdę było niechcący 

Popatrzałam na nią, po czym rzekłam:

– Kochanie, ta donica to był prezent. Prezent drogi i wartościowy. Ale to tylko doniczka. Najpiękniejszy prezent jaki dostałam w życiu własnie siedzi koło mnie i patrzy na mnie swoimi ogromnymi oczami. Kocham Cię

Wiki uśmiechnęła się, po czym wtuliła się we mnie i zasnęła …

 i nagle się obudziłam … okazało się, że cała ta historia była tylko snem

Ale uwiadomiła mi jak bardzo należy cenić to co się ma , bo można to stracić w ułamek sekundy. Nie trać wiec czasu na krzyki, kłótnie i spory. Doceniaj i kochaj. Łap każdą chwilę . Po prostu łap szczęście

 

„Martwiłam się, że nie mam butów, dopóki nie zobaczyłam człowieka bez nóg”