Przedwczoraj wieczorem siadłyśmy z Wiki i grałyśmy w memory. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie przyjaciółka, którą Wiki zna, a z którą pogawędziłam 2 minuty dosłownie, umawiając się na dłuższą rozmowę, gdy dziewczynki pójdą spać. Gdy się rozłączyłam, Wiki niespodziewanie zadała mi pytanie: „Mamuś, a Ty jesteś moją przyjaciółką?”. To była chwila, więc bez namysłu odpowiedziałam: „Oczywiście Kochanie.” I jakoś temat się zakończył …

Ale gdy wieczorem rozmawiałam z Anią, przypomniałam sobie pytanie Wiki. Pomyślałam wtedy o tym, że przecież ona wcale nie jest moją przyjaciółką, a córką, a ja jestem jej mamą. Więc kiedy następnego ranka wstała, podeszłam do niej i powiedziałam: „Wiesz, co Myszko. W zasadzie nie jestem Twoją przyjaciółką, a Twoją mamą”. Nie pociągnęła dyskusji, za to ja do dziś myślałam dlaczego właśnie tak jej odpowiedziałam. Może w tym momencie przemknie Ci myśl, że jak to? Przecież dziecko powinno być najlepszym przyjacielem rodzica. Albo inaczej. Dziecko powinno w rodzicu mieć swojego przyjaciela. Ale pomyśl sobie o tym inaczej. Czy widzisz teraz siebie, siedzącą razem z dzieckiem, wspólnie pijąc dobre winko? A może usiądziesz i powiesz mu o swoich problemach? A może wyjdziecie wieczorem na jakąś imprezę i wstawisz zdjęcia na Insta? Oj… Widzisz to zainteresowanie służb specjalnych, albo te nagłówki na portalach plotkarskich?… Sama widzisz. Nie tędy droga …

Bardzo lubię rozmowy z Anką. To taki nasz czas, który celebrujemy co tydzień tylko dla siebie. Dzielą nas spore kilometry, widzimy się rzadko, ale nie przeszkadza nam to w tym, by mieć ze sobą więź i fajne relacje. Takie na zasadzie wymiany. Ona zaspokaja moje potrzeby emocjonalne, a ja jej. Bardzo dbam o tę przyjaźń, tak samo jak ona, ale mam świadomość tego, że być może nie będzie ona wieczna. Gdy byłam młodsza, usilnie wierzyłam w to, że przyjaźnie zawarte w tamtym okresie, to te na całe życie. I co? I czas to wszystko zweryfikował. Jedne przyjaźnie się zerwały, inne przeszły kilka prób, by po latach znów było „jak dawniej”. Jeszcze inne zostały tylko wspomnieniem. I choćbym stanęła na rzęsach, to odwiecznym prawem, jakim rządzi się świat jest to, że „wszyscy odchodzą …”. Dziś, mając taki bagaż doświadczeń, przyjaciół mam tylu, że można ich policzyć na palcach jednej ręki i na szczęście moje dzieci do nich nie należą.

Nie wyobrażam sobie dzielić się z Wiktorią swoimi obawami lub codziennymi myślami, które potrafią bombardować moją głowę. Dopóki nie wkroczy ona w wiek dorosły, nie jest gotowa na to, by być moim powiernikiem. Chyba nawet nie chcę, by kiedykolwiek nim była. Poza tym odnoszę wrażenie, że gdyby słyszała ode mnie codziennie: „tak, jesteś moją przyjaciółką”, to relacja na linii rodzic – dziecko, z czasem uległa by lekkiemu rozluźnieniu. A przecież w rodzicielstwie nie tylko liczą się te wszystkie zachwyty nad bosymi stópkami. Rodzicielstwo to praca, w której mamy wychować je na dojrzałe osoby z zasadami i tym czymś, co sprawi, że inni będą do nich lgnąć… to właśnie tu jest miejsce i na miłość, ale też na ustanawianie zasad i czasem wyciąganiu konsekwencji z ich nierespektowania.

Ale tak sobie myślę…

… że kiedy będą starsze, będziemy mogły zostać przyjaciółmi. W dniu, w którym powiedzą mi, że wychodzą za mąż, albo gdy po raz pierwszy oznajmią mi, że zostanę Babcią… Wtedy być może poczuję, że nasza przyjaźń się rozwija. Pewnego dnia w przyszłości będziemy rozmawiać o lodziarniach i pizzy, ich złamanym sercu lub marzeniach, które chcą dogonić. A potem… a potem może będziemy przyjaciółmi.

Jednak nawet wtedy przyjaźń z nimi nie będzie moją pierwszą pracą. Bo najpierw zostałam ich Mamą…

Mamą, która nigdy nie odejdzie, bo „różnica charakterów”. Mamą, która nie obrazi się nie byle pierdołę, nie powie nigdy: „zawiodłaś mnie”. Mamą, która stworzy im dom oparty na wzajemnym zaufaniu. I gdy po drodze wszyscy inni zawiodą, to one obie cofną się właśnie do mnie …

14