Rzadko kiedy podsłuchuję. Nigdy nie robię tego celowo. Ale dziś był wyjątek. Siedziałam tak blisko, że nie sposób było nie słyszeć tej rozmowy między Babcią a wnuczką. Na moje oko w wieku Wiki. I zapamiętałam tylko dwa zdania: „Babciu, mam tylko jedno marzenie – chciałabym, żeby rodzice znowu byli razem…”, na co Babcia odrzekła: „Módl się Kwiatuszku do Boga, a na pewno spełni Twoje marzenie. Zobaczysz…”

Spojrzałam na dziewczynkę. Jej smutna twarz się rozpromieniła tak, jakby słowa Babci dały jej największą siłę we wszechświecie. Próbowałam poczuć, co w tej jednej chwili zrozumiała ta blondynka w pięknych warkoczykach – jeśli wystarczająco odpowiednio poprosi Boga, jej rodzice znowu będą razem… przecież Bóg spełnia każde marzenie…

Odwróciłam się i podeszłam do swojego okienka w ZUS-ie. Usiadłam. Wyjęłam dowód. Nawiązałam kontakt wzrokowy z Panią siedzącą na przeciwko mnie, ale w mojej głowie wciąż dudniły słowa „módl się Kwiatuszku…” i myśl o tym, jak wielką krzywdę wyrządziła Babcia swojej wnuczce. Zupełnie nieświadomie…

Kłamstwo w dobrej wierze? NIE

Pamiętam jak Wiktoria na samym początku zupełnie nie rozumiała o co chodzi. Dlaczego Tata jest coraz rzadziej w domu? Dlaczego przychodzi po południu i wychodzi wieczorem? Dlaczego nie śpi w swoim łóżku? W końcu dlaczego spakował swoje rzeczy i już nigdy nie zje z nami śniadania, obiadu czy kolacji. Dlaczego nigdy nie pójdziemy już razem na spacer? Nie wyjedziemy wspólnie na wakacje? Nie staniemy razem na rozpoczęciu roku szkolnego trzymając się za ręce i czując dumę z córki?

Nie rozumiała. Ale ja nigdy jej nie okłamałam. Nigdy też nie pozwoliłam, by zrobił to ktokolwiek. Cierpliwie od samego początku… z trudem powstrzymując łzy… tłumaczyłam. Że to decyzja dorosłych i Bóg nie sprawi cudu, by było inaczej. Że nie da się zrobić czegoś, by to odwrócić. A już na pewno ONA nic nie zrobi. Nie wymodli się. Nie pstryknie palcem. Nie pomogą je prośby. Błagania. Łzy…

Robiłam to codziennie. Codziennie zmagałam się nie tylko ze swoimi emocjami, ale również z emocjami dziewczynek. Bo to były emocje. Silne, lecz zarazem słabnące każdego dnia oswajania przez nie nowej rzeczywistości…

Dziś wiem, że droga, która obrałam była właściwa. Nigdy moje córki nie miały marzeń, by rodzice znów byli razem. Bo pokazałam im, że marzyć to mogą o wycieczce na Zanzibar.
O tym, by mieć stajnię koni albo psa, o którego wciąż mnie proszą. Dziecięce marzenia powinny być ich marzeniami. Może czasem mało realistycznymi, ale wciąż takimi, za którymi mogą gonić, nawet samodzielnie…

Dziś Wiki marzy, by zobaczyć słonia. Chce go zobaczyć z Mamą. „A Tacie wyśle zdjęcie – niech się cieszy” – powiedziała. Ona kocha nas obojga i tak samo czuje się kochana przez nas. Wie, że ma rodzinę, a Tatuś po prostu mieszka gdzie indziej. Ale wciąż ją kocha. Mimo, że nie kocha już Mamy. I już nigdy nie będzie z nimi na co dzień. 

Wiki nie uratowała naszego małżeństwa, bo nigdy nie pozwoliłam, by myślała, że może to zrobić.
Nie było spisku, by Tata i Mama zrozumieli. By poszli na romantyczną kolację, a wszystko wróci do normy.
Nie było fantazji.

Była za to prawda. Szczera do bólu. Że świat dorosłych rządzi się innymi prawami, niż świat dziecka. Że życie to nie bajka. Ani nie telenowela. I tutaj Bóg może co jedynie dodać sił, by się z tym uporać, lecz świata dorosłych nie naprawi…