Kiedy ostatni tydzień byłam z dziewczynkami w domu, ileż ja się nasłuchałam. A ile się nagadałam. Gdy w poniedziałek odprowadzałam dziewczynki do przedszkola, poczułam ogromny respekt dla Pań tam pracujących, bo mówić do dziecka tak, by nas słuchało, to czasami wyższa szkoła jazdy…

I nie chodzi o to, że dziewczynki w ogóle mnie nie słuchają. Ale wiele razy łapałam się na tym, że brakuje mi odpowiedniej wiedzy, która pozwoli mi mówić do nich skutecznie. Aż w końcu metodą prób i błędów zrozumiałam, gdzie popełniam błąd i naprawdę muszę się kontrolować, żeby tego błędu nie popełniać. Chociaż wciąż się uczę…

Co robiłam nie tak?

Moim pierwszym podstawowym błędem jest zbyt duża ilość mówienia słowa „nie„. Zauważyłam pewną zależność. Im w zdaniu częściej pojawia się słowo „nie”, tym dziewczynki robią dokładnie to, czego nie chciałabym, żeby robiły. Jeśli powiemy dziecku „nie biegaj po pokoju„, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nadal będzie robiło to samo i to z jeszcze większą pasją w oczach. Zupełnie inaczej zareaguje, kiedy pokażemy mu alternatywę dla takiej bezcelowej bieganiny. Gdy widzę, że któraś zaczyna za bardzo szaleć, proponuję im zupełnie inną rozrywkę. Efekt jest zaskakujący. I najczęściej zgodny z moimi oczekiwaniami.

Drugim błędem, który popełniałam był, albo jest nadal w niektórych sytuacjach, brak konkretnego komunikatu z naszej strony. Różnicą jest powiedzieć dziecku „naszykuj się do wyjścia„, gdzie do końca dziecko może nie zdawać sobie sprawy, co to oznacza i w jakim czasie ma to wykonać. Polecenia kierowane do dziecka powinny być proste „Załóż buty. Czekam na Ciebie przed drzwiami„. Zauważyłam, że tak formułowane zdania, bardziej trafiają do dziewczynek – potrzeba – prosty komunikat.

I na końcu to na czym się łapię najczęściej, a nad czym bardzo pracuję. Ile razy proszę dziewczynki „nie płacz…„. A to zdanie zawiera i słowo „nie” i tak naprawdę jest brakiem poszanowania dla uczuć i potrzeb dziecka. Jeśli dziecko płacze, próba zahamowania tego powinna być zawsze poprzedzona, obopólnym zrozumieniem tego, co ten płacz spowodowało. Ciężko pamiętać o tym codziennie, zwłaszcza, jak w naszym odczuciu, ten płacz jest z byle czego, ale to co dla nas jest „byle czym„, dla małego dziecka może być czymś naprawdę istotnym.

Zdanie sobie sprawy z błędów które popełniam zawsze mnie motywuje. Wiele razy oskarżałam siebie o to, że nie umiem wychować córek. Ale prawdą jest, że wychowanie dziecka to proces ciągły. Raz się udaje, raz nie… Raz coś skutkuje, a za jakiś czas muszę zmienić taktykę… Najważniejsza w tej relacji to tak naprawdę rozmowa. Dialog. Niezależnie od wieku. I empatia. Wzajemny szacunek. Wierzę, że tylko tak mogę stworzyć naprawdę dobrą relację z dziewczynkami, która w sytuacji, w której się znajdujemy, musi czasami, w codzienności, zastępować im i mamę i tatę…