W służbie zdrowia nie zdziwi mnie nic. Sama byłam jej częścią, więc widziałam wiele od podszewki. Więcej niż statystyczny Polak. Wiele sytuacji to totalny absurd. Wiele generowało we mnie złość na system, z którym trudno walczyć…
Wiele sprawiało ból. Wiesz, takiej totalnej bezradności…
A największy ból sprawia bezradność wobec choroby dziecka…

Kiedy jakiś czas temu Wiki była w szpitalu, sam pobyt wspominam bardzo miło. I ja. I ona w zasadzie. Poza szpitalnym jedzeniem, nie narzekała na nic. Dobrze wyposażony pokój zabaw. Dla rodziców nowe fotele na Oddziale Pediatrii. Luksus. Wcześniejsze doświadczenia z tym Oddziałem, bywały różne, aczkolwiek zawsze trafiałam w miarę dobrze (poza lekarką, która antybiotyk wypisała nam w końskiej dawce…)

Tym razem jednak przeżywam nie siebie, lecz moją koleżankę, która na Oddział trafiła po raz drugi w ciągu dwóch tygodni i aktualnie przebywa tam ze starszym, 6 -letnim synem.
5 antybiotyk w 2 miesiące… i te słowa lekarza: „Nie ma się co martwić…”
Naprawdę Mama ma się nie martwić, jak odbierając wyniki badań widzi na nich 30 tyś leukocytów? Która by się nie martwiła, ręka w górę…
Naprawdę nie może się dowiedzieć, wiesz, tak po ludzku, czarne na białym, w zasadzie na co jest leczone jej dziecko?

Proszę Pani, my czasem nawet sami nie wiemy, na co leczymy…” – usłyszała.

Ok. Szpitalna rzeczywistość, powiedziałabym. Powiedziałabym jako personel. Ale jako Mama, buntuję się na taką rzeczywistość. Bo jest w tym wszystkim dziecko. Człowiek. Człowiek zasługujący na całą gamę badań, za te wszystkie podatki, które płaci rodzic, a nie odsyłany do domu jak worek kartofli z antybiotykiem o szerokim spectrum działania, bo a nuż pomoże i już więcej nie przyjadą…

Kiedy E. do mnie dzwoni, czuję w jej głosie bezsilność. Niby jest w szpitalu. Niby pod opieką. Najlepszą opieką w mieście. Ba. W województwie. A tak naprawdę nie wie nic. Nie wie dlaczego po tygodniu brania antybiotyku krwinki białe spadają, by za kilka dni było ich znów 39 tysięcy… Inne parametry w normie… CRP niskie… Brakuje tylko by usłyszała, że taka uroda syna…
A tu gardło zaognione, mononukleoza wykluczona, a nikt nawet wymazu nie zrobi…
W zasadzie gdyby na IP nie uparła się na badania, odesłaliby ją z powrotem. Bo przecież gorączka to nic takiego. Sama przyszła, sama pójdzie…

I wciąż mam w głowie słowa lekarza: „Proszę Pani, my czasem nawet sami nie wiemy, na co leczymy…”

I zaufaj tym, którym ufać powinnaś…
Jak?

I nasuwa mi się jedno… czasem doktor Google bywa bardziej pomocny…
i matczyna intuicja. Ta bywa niezawodna!

Dziewczyny! Macie jakieś doświadczenia z taką szpitalną rzeczywistością?