Ile razy karmiąc piersią, przed włożeniem czegoś do ust, pomyślałaś tysiąc razy, czy oby na pewno, to co trafi do Twojego wygłodniałego brzucha, nie zaszkodzi Twojemu dziecku? Z pewnością byłaś wtedy na początku swojej macierzyńskiej drogi, zagubiona i „faszerowana” mądrymi radami innych. Czego bałaś się najbardziej? Kolki. Byłaś święcie przekonana o tym, że to co jesz, wpływa w znacznym stopniu na gazy dziecka i inne problemy jelitowe. Więc żywiłaś się – albo i nie – każdego dnia zadając sobie pytanie – jak długo jeszcze? A może czasem miałaś dość i stopniowo zaczęłaś wprowadzać mieszankę, by móc na nowo jeść cokolwiek. I tak koło się zataczało … Błędne koło.

Osobiście znam kilka „przypadków” koleżanek, mniej lub bardziej bliższych, które idąc tym sposobem myślenia rezygnowały nawet z laktacji, choć pokarmu w bród, no bo przecież, jak tu żyć? Jak jeść? A przede wszystkim co jeść, kiedy wszystko wydaje się znajdować na czarnej liście diety mamy karmiącej?

No właśnie. Co jadłam JA

Nie powiem ci, że sama miałam takie dylematy. Nie miałam. Wiktoria była dzieckiem bez-kolkowym a ja jadłam wszystko co dusza zapragnie. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Było więc mięso, warzywa, kasze i cała masa produktów, które sprzyjały mi, mojemu samopoczuciu i były strażnikiem gubienia moich zbędnych kilogramów. Trzy lata wstecz byłam nawet zdrowo uzależniona od słodyczy, więc i te trzymałam zawsze za pazuchą. A zwłaszcza moje ulubione batoniki WW :). Nie było kolek – nie było dyskusji. Szło dość gładko. Okej. Powiesz mi zaraz. Twoja nie miała wzdęć, to łatwo ci mówić. O nie, moja droga. Zapomniałaś chyba, że mam jeszcze Maję, a że powiadają, że drugie dziecko jest zupełnie inne, to śpieszę Ci donieść, że tak właśnie jest. Z Mają problemy brzuszkowe nas nie ominęły. Wieczorne hardcory, płacze do poduszki, nieprzespane noce. Niemożność zrobienia kupy u mojego dziecka napędzała machinę pytań ” a co takiego jesz?”. No kurcze – nic nie jem. Żywię się o wodzie i soli – miałam ochotę rzec.

Co jadłam? Jadłam wszystko. Jako weganka, lubiąca czasem podjeść jajko, nie jadłam mięsa i nabiału, chyba,że jogurt sojowy, ale za to jadłam strączki. Jadłam owoce, warzywa a i czasem coś słodkiego. Same wiecie, że wszystko co czekoladowe nie jest mi obce, więc pieczone przeze mnie babeczki pochłaniałam z prędkością światła i to wszystko … karmiąc. Ale nawet wtedy, kiedy z bezsilności, gdy po raz kolejny Maja nie mogła zasnąć, szlochałam do księżyca, nie przyszło mi do głowy, by cokolwiek zmienić w moim jadłospisie. Czy miałam rację? Jasne. Czemu? Kolki jak ręką odjął minęły po dwóch miesiącach cowieczornych zmagań. A ja? Wciąż jem to samo i … wciąż karmię. Nie zmieniłam w swojej diecie nic, co wywołałoby efekt szybszego zaniku nadmiernego gazowania. Po prostu – jelita mojego dziecka, z każdym dniem życia na tym świecie, pracowały coraz bardziej sprawnie, aż zaczęły sobie doskonale radzić z trawieniem tego, co zjada. Jadłam więc kapusty, brokuły, razowy chleb. Codziennie raczyłam się i do tej pory raczę, szklaneczką soku z cytrusów. Jem banany i jabłka i naprawdę nie widzę powodu, byś TY, jeśli Twoje dziecko nie ma problemów natury alergicznej, rezygnowała z czegokolwiek, w granicach zdrowego rozsądku. Raczej nie delektuj się codziennie smakiem pieczonego schabowego, ziemniakami polanymi roztopionym masłem i różyczką brokuła do kompletu. Zjedz odwrotnie. Ugotuj sobie całego brokuła, na masełku podpraż migdały i polej to „zielone coś” na Twoim talerzu, upiecz schab i ugotuj kaszę. Będzie zdrowo, kolorowo i z korzyścią nie tylko dla rozwijających się kubków smakowych Twojego dziecka, ale przede wszystkim z korzyścią zdrowotną dla Ciebie.

Bo dieta mamy karmiącej ma być – zasada nr. 1 – UROZMAICONA! Ma być kolorowa. Im bardziej różnobarwnie na talerzu tym lepiej. Ma być lekkostrawnie, ale uwierz mi – od kawałka zjedzonej pizzy, a nawet od całej blachy, nie stanie się tragedia ani Tobie, ani dziecku. Pięknie wyjaśniła to Hafija :

„Dzieci mają kolki bo maja niedojrzały układ trawienny. Ta niedojrzałość przejawia się w sposób różny. Jedno dziecko ma nadwrażliwość na białko krowie, inne ma problem z odprowadzeniem zalegających w jelitach gazów, a czasem niedojrzałość nie przejawia się wcale. Wszystko w zależności w jakim stopniu rozwinięty jest układ pokarmowy, a nie co mama zje”. Odsyłam Cię zresztą do artykułu na jej blogu – Właśnie TUTAJ -„Dieta mamy karmiącej piersią jedz co chcesz – obalamy mity”. Zapoznaj się z nim, by nadrobić ewentualne braki. Znajdziesz tu chyba całe kompendium wiedzy o jedzeniu w trakcie karmienia piersią.

I żeby było jasne. Nie uważam, że jedno nie ma żadnego związku z drugim. Może i ma. Może. Ale obserwując inne mamy, rozmawiając z nimi o ich diecie, a także o tym, czy dziecko miało czy nie miało kolek (wiecie, taki mały wywiad środowiskowy, przed napisaniem tego wpisu) doszłam do takiego samego wniosku, co wyżej wymieniona Agata. Jedna kumpela żywiła się samym chlebem WASA i plastrami domowej szynki drobiowej, a dziecko i tak miało bóle brzuszka. Inna codziennie zajadała tonę pomarańczy i … nic! Serio. Ani jeden incydent kolkowy. I gdzie tu logika?

Więc jest coś, do czego chciałabym Cię dziś zachęcić – OBSERWUJ. Sama najlepiej znasz własne dziecko i … siebie. Olej mądre rady, a zwłaszcza tych, co próbują wmówić Tobie, że Twoje dziecko cierpi przez Ciebie. Guzik prawda. Gdyby jego problemy wynikały tylko z tego, czym Ty się żywisz, domyślam się, że dla jego szczęścia, naprawdę żywiłabyś się samą wodą. Prawda? Ale Twoje dziecko, oprócz Twojego mleka, musi mieć jeszcze zdrową mamę, a nie od dziś wiadomo, że zdrowie zaczyna się na talerzu, więc apelujęzadbaj o to, by ten talerz był naprawdę fajny i każdego dnia wyjątkowy. No chyba, że jest taki dzień, że nie masz czasu nawet się wysikać, wtedy przymknij oko na mój apel i jedz chleb 3 razy dziennie. Nie zaszkodzi. A od czasu do czasu upiecz rozpustne ciasto czekoladowe i rozkoszuj się jego zapachem i smakiem. I nie miej wyrzutów sumienia. Ja nie miałam. Nie mam do dziś.

Bo podążam swoją własną drogą, utkaną czasem jakimś niepowodzeniem czy błędem, lecz na błędach można się nauczyć. A w macierzyństwie uczysz się całe życie.

To co? Smacznego 

Ps. A to takie moje skromne śniadanie. Zabrakło mi świeżego chleba, więc dopchałam się sokiem 🙂 A Maja napiła się mojego mleczka i … zdrowo beknęła 🙂 Ahoj 🙂

Ps. Jak Ci się spodobało, to rzuć proszę w świat Kochana te moje rozkminy. Dla potomności 🙂 

sniadanie004sniadanie005sniadanie002