Jest godzina 18.00. Piszę wpis i nagle dostaję pytanie: „Jaki musiałby być ktoś, żebyś mogła się zakochać?„. Czuję zaskoczenie. Takiego pytania się nie spodziewałam. Myśli zaczynają błądzić, a ja zamiast skupić się na pracy, tworzę w głowie IDEAŁ mężczyzny

Lubię wyższych od siebie…
Zawsze podobali mi się bruneci.
Ciemne oczy, z których wzrok zapamiętujesz na długo…
Tak. Oczy. Zdecydowanie z wyrazem, a nie takie mdłe, patrzące nie wiadomo jak i gdzie…

Mam fantazję. Uśmiecham się sama do siebie.
Przecież TEN drugi musi być taki, jakiego sobie wyśniłam…

A potem przypominam sobie, że koleżanka mówiła tak samo. Rok temu wyszła za mąż za totalne przeciwieństwo swojego „ideału„. Miał być brunetem, jest blondynem. Miał mieć ciemne oczy, a są błękitne jak niebo o poranku. Ale miał być podobnie jak ona duszą towarzystwa i nią jest… Miał kochać góry i kocha. I musiał koniecznie lubić koty. Całe szczęście wolał je, niż szczekającego psa… Tylko kolor włosów się nie zgadzał…

Przyciągają się przeciwieństwa? Czy może takie same osobowości? A może coś zupełnie innego?

Znacie „Małego Księcia„? Jasne. A znacie to zdanie: „Miłość nie polega na tym, żeby patrzeć się na siebie, lecz żeby patrzeć w tym samym kierunku„? I w tym tkwi sedno. Na tym jednym zdaniu opiera się fundament dojrzałego związku. Żeby coś się udało, nie wystarczy patrzeć z zachwytem na drugą osobę. Bo o wiele ważniejsze od fascynacji jest to, żeby w życiu mieć podobne cele i priorytety.

Czyli jak jest z tymi przeciwieństwami?

Przeciwieństwa pasjonują. Na krótką metę „inność” podnieca. Ale niekoniecznie tworzą się z tego udane związki. Bo jeśli sobie wyobrazisz, że na przykład uwielbiasz w każdy weekend robić coś nowego i szalonego, a ON w tym czasie nie wychylałby nosa zza drzwi Waszego domu, to znajdziecie kompromis na tydzień, dwa czy miesiąc. Ale czy po roku nadal będzie Wam wzajemnie starczać sił, by świadomie umieć rezygnować z tego co lubicie, dla drugiej osoby? Jeśli tak – brawo! Przecież miłość to sztuka kompromisu. Tylko dlaczego najczęściej w pozwie rozwodowym czytasz „różnica charakterów„?

I żeby nie było. Nie chodzi o to, by być takim samym. Wczoraj mówiłam o tym na Instagramie. Nie wierzę w żadne dwie połówki jabłek, które muszą się odnaleźć. Każdy z nas jest osobnym jabłkiem. Jesteśmy podobni, ale jak się przyjrzeć skórce, to gdzieniegdzie ma ona inny kolor. Wielkość niby taka sama, ale dysonans nawet w dłoniach wyczuwalny.

Nie chodzi więc o to, by lubić oglądać te same filmy, słuchać tych samych piosenek i kochać tylko pomidorówkę czy ruskie z cebulką. By wybierać te same kubki do herbaty i w tym samym momencie chcieć powiedzieć to samo. By mieć te same pasje, a na niebie zawsze dostrzegać tęczę w tym samym momencie. NIE.

Chodzi o to, by zgadzać się w podstawach. By mieć te same wartości. By umieć się słuchać, a nie tylko słyszeć. By umieć być koło siebie nie tylko wtedy, gdy feromony buzują, ale również wtedy, gdy hormony nie dają zasnąć. A wtedy przytulić i podać chusteczkę, a nie odwrócić się, nakryć kołdrą i udawać, że nic się nie dzieje. By wiedzieć, że przyjdzie taki moment w życiu, że na kompromis trzeba będzie pójść. I wtedy ustąpić. Z miłością i szacunkiem dla drugiej osoby, a nie wzdychaniem, że nie warto, szukać fajerwerek gdzie indziej…  By nie musieć się docierać całe życie, rzucając w siebie mięsem na prawo i lewo. Czasem dopiero doświadczenie w życiu podpowiada, że lepiej na spokojnie w wagoniku, niż na kolejce górskiej porzygać się z nadmiaru wrażeń…