Ponoć jedno dziecko wychowuje się trudno, z dwójką jest lepiej a trzecie wychowuje się samo. Ale gdyby to było tak proste to czwarte wychowywane by było przez pozostałą trójkę, a piąte byłoby nawet niezauważalne. Nic, tylko rodzić dzieci i cieszyć się wesołą gromadką u swego boku. My z Bartkiem zdecydowaliśmy się na dwójkę. Tylko dwójkę dla niektórych i aż dwójkę dla nas. I choć jestem taką typową matką polką, cokolwiek to znaczy, to dwójka jest dla mnie rozwiązaniem idealnym. Ani za dużo, ani za mało, tylko w sam raz.

Dziś miałam taki oto obrazek. Młode małżeństwo około 30. Ich upragnione dziecko obok nich. Mniej więcej w wieku Mai. On delikatnie przytrzymywał jego główkę, ona poprawiała śliniaczek. W ich oczach widziałam szczęście i …strach. Widać było, że to ich pierwsze dziecko. Takie, którego imię było nadane po parumiesięcznych przemyśleniach, takie które w domu ma ciszę i spokój. Jak zaśnie to tylko na paluszkach po pokoju, jak się obudzi to w sekundę trzymasz go na rękach. Jak płacze rzucasz wszystko i wszystkim, choćby miało to oznaczać nieprzygotowany obiad, pajde chleba ze smalcem z braku laku, albo szklanke wody i odgrzewaną pizzę z Biedronki. Pieluszkę zmieniasz co godzinę, niezależnie od tego czy jest mokra czy sucha. Dbasz , dbasz i jeszcze raz dbasz. Dbasz czasem aż za bardzo. Z niewiedzy. Czasem trzymasz pod kloszem. Nie pozwalasz brać obcym na ręcę, a wchodząc do sklepu tylko patrzysz kto  z obecnych tam kicha!Kichnał? Omijasz szerokim łukiem, patrzysz jak na intruza. „A jeśli przez niego moje dziecko będzie kichac-ustrzele!” – myślisz sobie.  W ostateczności jeśli nie ma takiej potrzeby, nie wychodzisz do ludzi z dzieckiem.  Żadnych zakupów,  długie spacery od świtu do nocy i patrzenie się na dziecko rozmarzonym okiem, minuta po minucie. Jest ono idealne. Twoje. Wasze. Jedyne.

A potem pojawia się to drugie. Pierwsze już nie jest jedno i jedyne. I tak Wam mijają dni i miesiące I uświadamiacie sobie ze to drugie wychowuje się już inaczej. Jakoś tak spokojniej. A zarazem energiczniej.  Bo już nie ma w domu idealnej ciszy. Jest gwar i harmider i okazuje się ze wcale nie jest gorzej. Już nie ma delikatnego przytrzymywania główki, która i tak już się trzyma całkiem dobrze. Jest ono na jednym boku tuż obok Ciebie, gdy gotujesz obiad. Bo nie może być byle co. Masz przecież już nie tylko dwa brzuchy do wykarmienia i te wcale nie delikatne podniebienia co zjedzą cokolwiek i kiedykolwiek. Jest jeszcze to starsze co i może jadłoby codziennie czekoladki na śniadanie, obiad i kolację, ale pytam ja Ciebie- jak tak żyć? Więc gotujesz, szukasz, kombinujesz i nagle okazuje się ze dajesz rade. Myślisz sobie – „jak to możliwe ze przy jednym czasem ciężko było wrzucić coś do gara a przy dwójce i podwieczorek gotowy wcześniej niż obiad i chałka świeża w piekarniku”. Myślisz- MAM MOC. Moc, którą dają Ci dzieci. Może i faktycznie trzecie wychowuje się samo? jeszcze lżej choć z jeszcze większą domową energią?

Jak więc wychowuje się dwójkę? Powiem Ci tak. Skłamałabym gdybyś usyszalam ode mnie ze nie chodzę zmeczona. Chodzę. Czasem za dużo.  Ciagle gdzieś chodzę.  Chodzę po domu i poza nim. Chodzę i się bawię. I sprzątam. Czasem chciałabym usiąść, ale w ciagu dnia jakoś tak trudno. Więc chodzę i obserwuję. Chodzę i się wzruszam. Chodzę i czuję, że żyję. 

Wiki faktycznie wychowywała się w ciszy i spokoju. Nikt jej nie budził, ale też nie było nikogo, kto by tak bardzo ją rozśmieszał. Nie to co Maja. Maja wydaje mi się pogodniejsza. Ciągle się śmieje, szybciej zdobywa nowe umiejętności. Ma obok siebie kogoś kto jej to pokazuje, uczy ją, bawi. Fakt. Czasem ten ktoś robi rzeczy, których robić nie powinien. Podnosi, skacze obok gdy skakać nie powinien. Ale widać, że dba. Na swój mały sposób dba. O wszystko. Nawet o to, by wymienić świeżą pieluszkę. Mama by poczekała, aż się zapełni, a Ona nie. „Mamusiu, Maja ma mokro„. I nawet jak mokro nie ma to Ona już jest w pokoju a w rękach niesie nawilżane chusteczki. Niby taki szczegół, a tak bardzo istotny. 

I zdaje mi się, że gdy już Maja będzie starsza i jeszcze bardziej samodzielniejsza będą dla siebie. One dwie. W każdej sytuacji.  Wychowane przez nas. W zupełnie innych warunkach ale z tą sama miłością. I naprawdę podziwiam rodziny wielodzietne. Za te jeszcze większe zmęczenie. Za to, że dają radę. Ale gdy tak myślę, że takich szczęść w domu jak MY mają nie jedno, nie dwa, a trzy, cztery, pięć czy więcej, gdy widzę ich radość, czasem przez łzy, to wiem dlaczego się zdecydowali. Bo z dziecmi jest jak z czekoladką. Z każdym kawałkiem masz ochotę na więcej … Nie liczysz kalorii. Nie analizujesz, nie zastanawiasz się, jak to będzie. Po prostu czujesz się szczęśliwa. Teraz. Już. Na zawsze.