Tuż przed wyjazdem do Dworu Droblin… siedziałam wieczorem w domu i porządkowałam stare zdjęcia. Wiele z nich to były zdjęcia znalezione na komputerze, z czasów, kiedy byłam jeszcze narzeczoną swojego byłego męża, a potem mężatką bez dzieci…
Wróciłam do nich z sentymentem…
Nie tyle nawet do zdjęć, ale do czasów…
… kiedy nie musiałam wstawać w nocy, bo ktoś płacze…
… kiedy nie musiałam słuchać wrzasków i przepychanek…
… kiedy mogłam jeść to na co JA mam ochotę, a nie resztki po dzieciach… i wciąż schabowy z ziemniakami…

Poczułam tęsknotę. Tęsknotę za czasem sprzed ciąży, porodu, karmienia piersią. Za czasem, kiedy bez dwóch zdań, miałam ten CZAS dla siebie. Tym bardziej poczułam ogromną potrzebę, by powrócić do przeszłości, gdy uświadomiłam sobie, jak niewiele tego czasu zostaje TYLKO dla mnie, od kiedy jestem samodzielną Mamą… Dni, kiedy dziewczynki są w przedszkolu mijają mi na pracy… raptem dwa dni, kiedy idą z Tatą po przedszkolu do dziadków na kilka godzin… też spędzam na obowiązkach. Praca, pranie, sprzątanie, obiad, księgowa, zakupy i znowu praca, pranie, sprzątanie… koło się zamyka. A ja? A gdzie w tym są moje potrzeby? Przecież nie samą robotą żyje człowiek… Gdzie są zakupy, lody z przyjaciółką, fryzjer, kosmetyczka… wycieczki do SPA i picie wieczorem wina przy dobrej książce?

Usiadłam na kanapie. W myślach zaczęłam sobie wizualizować, jak teraz wyglądałoby moje życie bez nich. Jak wyglądałby mój dzień, kiedy byłabym sama, tak jak to było zanim zostałam Mamą… Siłownia? Basen? A może nowe studia? Nie potrzebowałabym mieszkania i trzech pokoi… wystarczyłaby kawalerka urządzona po mojemu… O! I w końcu miałabym czas i pieniądze na wycieczki! Zwiedzałabym świat na własną rękę, uczyłabym się języków obcych… piłabym ciepłą kawę, sypiałabym całe noce i byłabym…

… nieszczęśliwa…

Tak. Ta chwila wieczornych myśli, uświadomiła mi jak bardzo nie chciałabym wracać do czasów, kiedy nie miałam dziewczynek koło siebie. Nie ma już DAWNEJ mnie. Nie ma mnie sprzed urodzenia córek. Nie ma Żanetki, która chciałaby żyć w kawalerce urządzonej po swojemu, takiej, która miałaby czas i pieniądze tylko dla siebie. Która zwiedzałaby samodzielnie świat, uczyła się języków, sypiała całe noce i piła ciepłą kawę. Nosiła torebki od Coco Chanel, bo w nich zmieściłaby się tylko karta bankomatowa, iPhone i czerwona szminka.

Uświadamiam to sobie ilekroć wyjeżdżam na chwilę bez nich. Wyjazd do Warszawy… co prawda w obowiązkach, ale bez nich… myślę sobie – extra! Namiastka wolności. A potem leżę w hotelowym pokoju i zamiast w nocy spać, budzę się podświadomie, by sprawdzić czy są przykryte, po czym uświadamiając sobie, że jestem sama… zaczynam tęsknić… Nie za przeszłością. Ale ZA NIMI. Za swoim codziennym życiem. Za moim mieszkaniem, za podłogą brudną po wspólnym pieczeniu babeczek, za naszymi babskimi wycieczkami na spontanie… za hałasem, przepychankami i za zimną kawą – najlepszą jak się okazuje latem – nie trzeba dodawać lodu…
Nie tęsknię za malutką torebeczką z drobiazgami, bo mam swoje ulubione torebki dla Mam od JOISSY. I ktoś by powiedział, że one takie duże i przez to mało kobiece, ale dla mnie są bardzo kobiece, a zarazem praktyczne, funkcjonalne i wcale mi nie przeszkadzają rzucone w nich luzem nawilżane chusteczki i zabawki dziewczynek, bo „a nuż coś się przyda Mamusiu„…
Idę z taką torbą na spacer, plecak zabieram na wycieczki z dziewczynkami i jestem dumna z tego, że mam tam wszystko co potrzebuje każda Mama… jestem dumna, że tą Mamą jestem…

Nie tęsknię zatem za życiem, które dziś nie jest i już nigdy nie będzie moim udziałem. Za dawną mną…

Nie tęsknię, bo dopiero odkąd zostałam Mamą poznałam najwspanialszy smak życia. Zrozumiałam czym jest prawdziwa miłość, przywiązanie i akceptacja…
Spełniam się tak, jak mogę… z nimi u boku.
I choć bywa trudno… czasami są łzy… smutek… złość, którą najchętniej wyładowałoby się ćwicząc z Chodakowską…
To jednak to jest moje życie – nieidealne, lecz moje. 
Z nową mną, którą stałam się odkąd zostałam Mamą…