Może powiesz. Nie pisz o tym, bo Twoje dzieci do przedszkola nie chodzą.
Może napiszesz mi, że łatwo mi pisać, skoro w życiu nie byłam w takiej sytuacji.
Może nawet będziesz mieć rację.
Moje dzieci chore do przedszkola nie chodzą, bo w ogóle nie chodzą do przedszkola.
Ale wiem, co zrobiłabym, gdyby chodziły i nagle dopadłby je ten nieszczęsny katar

Pozwoliłabym dzieciom zostać w domu.

Nie dlatego, że uważam, że katar to choroba. W żadnym wypadku. W sezonie jesienno – zimowym u wielu dzieci katar to standard. Nie rusza mnie widok dziecka pociągającego nosem. Katar nigdy nie był dla mnie wyznacznikiem choroby. Moje dziewczynki często mają katar i nic im nie dolega. Po kilku dniach przechodzi sam.
Czym zatem kierowałabym się, gdybym miała odpuścić im przedszkolne zajęcia?

Ich dobrem. O ile katar sam w sobie chorobą nie jest, o tyle czasem potrafi uprzykrzyć życie i ja sama dobrze o tym wiem na własnym przykładzie. Biegające dziecko, które co chwilę robi „apsik” i wyciera nos o rękaw swojej bluzki, nie jest dobrym kompanem do zabaw. I najczęściej na tą zabawę nie ma ochoty. Zwłaszcza przez pierwsze dwa dni, od momentu, kiedy zaczyna „go brać„. I nawet jeśli się nie rozłoży, to najczęsciej potrzebuje wtedy ciszy i regeneracji i kiedy mu ją zapewnimy powrót do zdrowia jest szybszy i bardziej efektywny.
Inaczej ma się z dzieckiem, które przebywa wśród dzieci, a cisza jest ostatnim słowem, które przychodzi mu wtedy do głowy. Zamiast zbierać siły, zaczyna je tracić, a efektem jest osłabiony organizm, który z zarazkami radzi sobie znacznie gorzej i … dłużej!

I to właśnie tym aspektem powinni kierować się rodzice, którzy zastanawiają się, czy posłać dziecko mimo wszystko, czy jednak przetrzymać je w domu. Dobrem dziecka. Swojego. Nie cudzego. Gdyby tak każdy myślał o własnym dziecku, gwarantuję, że w przedszkolach liczba niewyraźnych dzieci, o zgrozo na Nurofenie podanym o 7 rano, byłaby zdecydowanie mniejsza, albo nie byłoby ich wcale.

Przykład z życia wzięty. Koleżanka nie miała co zrobić z córką. Więc z bolącym gardełkiem hop do przedszkola. Dzień, drugi, trzeci i z bolącego gardełka zrobiło się zapalenie oskrzeli i minimum tydzień w domu. Zwolnienie i tak brać musiała i swoją decyzją wcale sobie nie polepszyła … 

Ja wiem, że nie zawsze wie się, co zrobić z chorym dzieckiem. Że nie ma się możliwości, albo przynajmniej sie ich nie widzi. Ale jeśli ruszy się głową, to rozwiązanie się znajdzie. Może babcia? Albo koleżanka? Albo sąsiadka, co jest studentką i chętnie za parę groszy popilnuje dziecka? Bo dziecko w domu, z ciepłą harbatką dochodzi do siebie znacznie szybciej niż wśród tłumu obcych mu ludzi.
Właśnie po to, by za parę dni w ten tłum wejść na nowo …
Zdrowym. W pełni sił. Z uśmiechem na ustach.