I dawniej dwoje ludzi się kochało. I mieli dzieci. Cudowne. Jedno, dwoje, piątkę… nie istotne. Cały ich świat. 
A teraz dwoje ludzi już się nie kocha. I wciąż mają dzieci. Jedno, dwójkę, piątkę. Nie istotne. Dziś ich światem jest konflikt, a nie one… w tym wszystkim najbardziej niewinne, a zbierające najgorsze żniwo…

I dawniej było pięknie. Oboje byli dla dzieci. W zdrowiu, ale i w chorobie i smutkach, ale też w radościach. I na zmianę na rękach nosili, kołysanki śpiewali, a rankiem, które bardziej wyspane, szło po bułki i drugiemu parzyło kawę na pobudkę.
A teraz nadal jest pięknie. Słońce świeci latem, śnieg pada zimą, tylko w czterech ścianach nie ma ich dwóch, lecz jest jedno. Jedno w zdrowiu, ale i w chorobie i w smutkach. I w radościach. Jedno już nie musi nosić i śpiewać kołysanek. Wyrośli. Ale jedno wstaje i sprawdza czy gorączka nie narasta, a jak trzeba, to pakuje całą trójkę i jedzie po syrop, bo się skończył. Jedno. Nie dwoje. I nawet nie na przemian.

I dawniej „ich dobro” było najważniejsze. To, żeby zwiedzili cały świat razem z nimi, by w roku szkolnym nauczyli się dodatkowo angielskiego i za młodu zaczęli realizować swoje pasje.
A teraz ich dobro się nie liczy. Świat mogą zwiedzić palcem po mapie. Dodatkowy angielski to wydatek, a pasje mogą zacząć realizować jak podrosną.

Dawniej wiedzieli, że cokolwiek by się nie działo, oni zawsze sobie poradzą. We dwoje. Wciąż mówili, że u nich zawsze wszystko poukłada się samo. Bo mają siebie. Bo się kochają. I potrafią ze sobą rozmawiać.
Dziś wiedzą, że nie poukłada się nic. I nawet nie potrafią ze sobą zdania zamienić. Ani nawet przejść obok siebie po tej samej stronie ulicy.

Dawniej było „Jesteś najlepszą Mamą/ Ojcem”
Dziś „jesteś najgorszą/ najgorszym”. Gorzej dzieci trafić nie mogły…

Dawniej dni liczyło się do spotkania, a dziś do tego by odetchnąć…

I doprawdy nikt nie mówi „nie”. Życie układa się czasem nie po naszej myśli.
Ale gdyby w tym wszystkim, 20 lat temu, oboje pomyśleli, że można rozstać się inaczej.
Po ludzku. I wciąż mieć cudowne dzieci. Jedno, dwójkę, piątkę. Nie istotne. I być przy nich w zdrowiu i w chorobie. Na zmianę. A czasem nawet obok. W milczeniu lub w uśmiechu.
Pamiętając, że „ich dobro” jest najważniejsze. I wspólnie dać im możliwość zwiedzić świat i nauczyć się angielskiego i pomóc zrealizować im swoje marzenia. I rozmawiać. Dużo rozmawiać. Nie o sobie. Ale o dzieciach. Ich wspólnych. Na zawsze.
A przechodząc obok siebie na ulicy podczas deszczu, podać sobie parasol, a nie podstawić nogę.

Bo gdyby 20 lat temu oboje pomyśleli o tym, że można rozstać się inaczej,
ich dzieci, w tym wszystkim najbardziej niewinne,
dziś byłyby szczęśliwsze
nie mając ich pod wspólnym dachem, lecz w sercu, z najpiękniejszymi wspomnieniami…

 

płaszczyki Mamunio