Nie ma dnia, kiedy nie dostawałabym od Was zapytań o swoje sprawy osobiste. I poniekąd czuję się zobowiązana, by dzielić się z Wami również tą częścią mojego życia. Może nie od razu wprost, gdy sama nie wszystko wiem… ale nie mogłabym mówić, że muzyka gra szampańsko, kiedy ona zupełnie zmieniła swój ton i klimat…
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was, a zwłaszcza tych, którzy są ze mną niemal od początku, ostatnie moje wpisy są zaskoczeniem. Długo zwlekałam, by cokolwiek napisać, poniekąd bojąc się tego, jak ta cała sytuacja zostanie odebrana…
Czy będę Wam umiała to wszystko wytłumaczyć? Czy w ogóle potrzebne jest tłumaczenie? Czy wciąż będziecie chciały wracać do tego miejsca i czytać mnie z równie silnymi wypiekami na twarzy wtedy, kiedy piszę o rzeczach dla mnie smutnych, jak w dniach, gdy pisałam o szczęściu które mnie otacza?… A może powinnam całkowicie zniknąć?… Albo co gorsza naprawdę udawać, że nic się nie stało…
Tymczasem ja chciałam być zawsze prawdziwa. Chciałam pokazywać Wam swój świat, a właśnie taki świat jest teraz moim udziałem i nie mogę tak po prostu go przemilczeć. Co prawda droga, którą mam do pokonania jeszcze przede mną, bo dopiero weszłam na szlak i nawet nie zdążyłam przeczytać drogowskazu, ale z mapy, którą prześledziłam wynika, że na końcu… że kiedyś…dotrę do celu. A jaki on będzie? Czas pokaże…

Czy naprawdę nie da się inaczej?
Pytasz mnie o to najczęściej… Czy naprawdę to koniec? Nie da się inaczej?…
Jeszcze 2 miesiące temu powiedziałabym Tobie, że z pewnością się da. Zawsze wtedy, kiedy chcą tego obie strony. Ponieważ sama pochodzę z rozbitej rodziny, chciałam za wszelką cenę zrobić wszystko, by nasze dziewczynki wychowywały się mając nas obok siebie. W naszych czterech ścianach, 24 godziny na dobę… Myśl o tym, że kiedykolwiek zostanie im to zabrane, przeszywała mnie na wskroś. Sprawiała, a nawet nadal sprawia mi ogromny smutek, a czasem nawet złość.
Dziś, kiedy to piszę, czuję, że inaczej się nie da… I nie dlatego, że nie chciałam. Chciałam. Ale wciąż chciałam sama. A do uratowania małżeństwa, TYLKO moje chęci, okazały się zbyt małe…
czas leciał, a ja wciąż byłam w tym sama…

I to jest pierwsza odpowiedź, którą udzielam, kiedy pytasz, czy nie można spróbować jeszcze raz. Można by było, ale tango potrzebuje dwojga. W pojedynkę nawet salsa nie wychodzi…

Musiałam to sobie w głowie przepracować. Wiele nocy zajęło mi uświadamianie sobie, że nie mogę kogoś zmusić do miłości. Mogę się starać, zapewniać o tym, co czuję, mogę nawet próbować wmówić wszystkim dookoła, że to przecież dla dzieci. Dla ich dobra. Mogę w to wierzyć. Wierzę w to. Zawsze wierzyłam, że dzieci są motorem napędowym do wszystkich zmian w życiu. Że dla ich szczęścia warto zrobić TO jeszcze raz. Od nowa. Małymi krokami, nawet w podartych butach. Wierzę, że można się nawet w tym wszystkim pogubić i tylko czas może sprawić, że odnajdzie się właściwą drogę powrotną…
Ale wierzę też w to, że czasem jedyną właściwą drogą, będzie pozwolić komuś odejść, jeśli ON tylko tego chce…
Bo choćbym nie wiem jak się zbuntowała, wylewając morze łez, przymusić do miłości się nie da. A na tą miłość ja też zasługuję…

Więc co teraz?

 Za kilka godzin minie 33 lata odkąd żyję na tym świecie. Wiele widziałam i przeżyłam. Nie wszystkiego się spodziewałam. O tym, że kiedykolwiek z moich ust padnie zdanie: „Jestem po rozwodzie”… nie marzyłam nigdy. To co prawda nie jest ten czas, by o tym mówić, ale wszystko zmierza właśnie w tym kierunku. Mówię ci to szczerze. Właśnie dziś. I choć pisząc to słowo, w gardle poczułam uścisk i gdzieś łza się zakręciła… wiem, że uda mi się przez te wszystkie etapy przejść. Może nie z podniesioną głową, ale przejdę…
A tym samym dam Wam nadzieję na to, że w życiu można przejść wszystko. 
I pokażę Wam jak to zrobić… choć dziś jeszcze sama do końca nie wiem …

bo po upadku trzeba zrobić to, co dziecko
Po prostu się podnieść…