Długo chciałam zebrać swoje myśli i napisać ten wpis, w zasadzie nie wiedząc nawet od czego zacząć. Aż któregoś razu dotarło do mnie, że takich osób jak ja, jest wiele.
Takich, które czują, że miejsce w którym się znajdują, odbiera im szczęście. I nie ważne, czy jest to życie prywatne czy zawodowe. Na każdym polu można odnieść sukces, ale też żadne z nich nie jest pozbawione porażki.

I jeśli choć jedna z Was, w tym wpisie odnajdzie siebie, a tym samym motywację, by cokolwiek zrobić w swoim życiu, nawet jeśli oznacza to zaczęcie od… zera, każda wystukana litera na klawiaturze jest tego warta.

Moje życie mogłoby być tłem dobrej książki, którą pochłonęłabyś jednej nocy. Doświadczyłam w nim wielu pięknych chwil, ale było też wiele takich, o których wolałabym czasem nie pamiętać. Już jako 5-letnia dziewczynka wiedziałam, co oznacza słowo „rozwód”, choć nie zaznałam w pełni jego skutków, bo pojawił się w naszym życiu ktoś, kto ofiarował nam całe serce. Dlatego pisałam Ci kiedyś o tym, że można pokochać cudze dziecko jak własne. Ja sama zaznałam właśnie takiej miłości ojcowskiej – choć pozbawionej więzów krwi, jedynej i niepowtarzalnej. Dziś mojego Taty już nie ma, a jego śmierć spadła na nas z dnia na dzień. Mówiłam do niego „Tatuś”. Kochałam go. Żałuję, że nie poznał moich dziewczynek. Wiem, że byłby dla nich wspaniałym dziadkiem…

Już jako dziewczynka, nauczyłam się tego, czym jest praca. Rodzice mieli zakład Ceramiki Artystycznej i każdy z nas, miał swoje zadania do wykonania. Choć, gdy byłam mała miałam różne okresy buntu, na rzeczywistość, która była naszym udziałem, dziś jestem im wdzięczna, że uczyli nas poszanowania dla pieniędzy i tego, że nic w życiu z nieba nie spada. To dzięki temu, gdy poszłam na studia, zamiast uważać, że mi się należy, znalazłam sposób, by nie obciążać domowego budżetu i w zamian za pokój, przez 3 lata pomagałam jednemu Profesorowi Akademii Teatralnej, zajmować się jego domem. Wiązało się to z wieloma wyrzeczeniami, ale świadomość tego, że jestem samowystarczalna, dużo ułatwiło mi w życiu, a konkretnie pomogło mi podejmować kolejne zawodowe wyzwania.
I tak, już jako Bartka żona, jeździłam z nim na wesela. Najpierw sama, a potem z lokatorem w brzuchu. I gdy Wiktoria urodziła się 29 września, ja na ostatnie wesele pojechałam pierwszego dnia tego samego miesiąca. Choć wiele razy czułam zmęczenie, wiedziałam, że robimy coś na własny rachunek. Chciałam być dobrą pomocą i myślę, że udało mi się tego dokonać.
W międzyczasie skończyłam kosmetykę, z malutką Wiktorią na rękach, a miesiąc przed urodzeniem Mai, zaczęłam prowadzić bloga. Tworzyłam miejsce, z którego z każdym dniem, byłam coraz bardziej dumna.

To właśnie tak się poznaliśmy. Ty i ja. Gdyby nie mój upór i konsekwencja, dziś nie czytałabyś tego wpisu. Bo tylko Bóg mi świadkiem, ile razy chciałam się poddać. Z braku czasu, sił i poczucia, że przecież mój głos nic nie znaczy. Z hejtu, który wiele razy sprawiał, że płakałam w poduszę. A potem wstawałam, podnosiłam się i szłam dalej, wierząc, że te problemy, to przecież żadne problemy, a ja prócz takich rozterek, mam w życiu wszystko…

Ale pewnego dnia poczułam, że już nie wstanę…

Nigdy w moich snach, nie przypuszczałam, że życie, które dzielę z tymi, których kocham, wywróci się, praktycznie z dnia na dzień. Wiedziałam, że nie jest to idylla, choć czasem miałaś zapewne właśnie takie wrażenie – że żyję w bajce. Ale nie myślałam, że na własnej skórze odczuję, jak wybory innych osób, tych najbliższych, potrafią człowieka zepchnąć do najgłębszego dołka, z którego początkowo nie widać żadnego wyjścia…

A jednak. Był taki dzień, kiedy poczułam, że już nigdy nie będę szczęśliwa…
To był maj. Miesiąc, który od 9 lat kojarzył mi się z zapachem róż i wspomnieniem największego gradu w Opolu, gdy mówiłam „TAK”. A teraz ten maj przestał mieć dla mnie znaczenie…
Każdy jego ranek był walką o codzienność. Każda noc była walką o sen. Gdzieś pomiędzy miętą, a melisą, byłam ja i dziewczynki. Było życie, które musiałam ogarnąć, a którego ogarniać nie chciałam.
Skrzynka mailowa zapełniała się z dnia na dzień, projekty, które prowadziłam poszły w odstawkę. Zabrakło weny i chęci do czegokolwiek.
Na obiad starczała chińska zupka, albo pierogi zamówione na wynos. Czułam się źle.

I czułabym się tak do dziś, gdybym pewnego razu nie zrozumiała, że jeśli na coś, nie mam zupełnie żadnego wpływu, nie mogę czuć się winna. Nawet jeśli będę się starała zrobić wszystko, by być „doskonałą”, dla niewłaściwych osób, nigdy nie będę wystarczająco dobra. I to są te relacje, w których powinno zamknąć się drzwi, by kiedyś móc otworzyć furtkę do czegoś nowego, nawet jeśli jest to okropnie trudne. Zwłaszcza wtedy, kiedy jest się przekonanym, że trzeba walczyć. Gdy wie się, że ta walka ma sens. Gdy TOBIE się tak wydaje. I owszem każda walka ma sens. Tak. Gdy walczą dwie osoby. Gdy walczy tylko jedna, to już nawet nie jest pojedynek…

Więc nawet jeśli czujesz, że już nigdy nie będziesz szczęśliwa, gdy myślisz, że Ty i szczęście nie idziecie razem w parze, wiedz, że się mylisz.
Może droga do dnia, w którym poczujesz, że jeszcze wszystko przed Tobą, będzie dłuższa, niż zakładasz.
A może zaskoczysz się tym, że znacznie szybciej staniesz na nogach.
Ale zrobisz to. Zupełnie jak ja.
Dla siebie. A w myślach dla kogoś, kto gdzieś, kiedyś nazwie Cię jeszcze swoim priorytetem…

Bo jesteś tego warta…

Przede mną wciąż nieznane. I milion spraw do załatwienia i ułożenia w głowie…
Ale gdzieś tam pomiędzy czuję, że idę w dobrym kierunku.
Mimo, że po drodze gubię jeszcze łzy…

Ps. Ta sesja była jedną z wielu prób, pokazania sobie, jak wiele znaczę w świecie, w którym wydaje mi się, że nie znaczę nic. Sukienka do kupienia stacjonarnie w Opolu na ul. Osmańczyka (zajrzyj na profil Q BoutiqueTU)
A zdjęcia wykonał dla mnie Łukasz Skarbek – Dziękuję za Twój czas i zaangażowanie! (profil Łukasza znajdziesz TU)