Wiesz, nie mam czasu.

Tak bardzo chciałabym zrobić mnóstwo rzeczy, ale brak mi czasu.

Chciałabym naprzykład wypić ciepłą kawę na ogrodzie. To nic, że nie mam ogrodu, ale chciałabym mieć czas, a go nie mam.

Chciałabym naprzykład umyć okna. Są szare i się nie błyszczą. Ale nie mam czasu.

Chciałabym zrobić zalegające porządki i wyprasować pranie. Ale brak mi czasu.

Chciałabym pisać dwa wpisy dziennie i realizować swoje pomysły. Co z tego, że w głowie ich pełno, jeśli brak mi czasu?

Kiedyś byłam mistrzem organizacji. Na wszystko było wyznaczona godzina, minuta a nawet sekunda. Nie potrzebowałam organizerów, przypomnień na komórce i karteczek wiszących na magnetycznej lodówce. Ale to było kiedyś. Wtedy nie miałam dzieci. A teraz? Brak mi czasu. Bo na czas patrzę inaczej.

Dziś mogłabym umyć te okna, mogłabym nawet wypić tę kawę na balkonie. mogłabym zrobić te porządki, wyprasować pranie. Siąść i napisać dwa wpisy. Mogłabym. Jasne. Wszystko bym mogła. Ale wybieram czas spędzony z nimi. Czas, który zapamiętają one. One nie widzą tego prania, tych brudnych okien. One widzą mamę – która albo jest dla nich, albo obok nich. Wybieram to pierwsze. 

Dlatego dziś pójdziemy na spacer, będziemy zrywały mlecze na łące, siądziemy na kocu, pobiegamy gołymi stopami po trawie. Dziś odłożę na bok to, co chciałabym zrobić. Zrobię to jutro. Albo pojutrze. W sumie zrobię to jak znajdę czas. Gdy one pójdą spać, to ja zrobię to wszystko szybko i sprawnie niczym żołnierz na poligonie. Wylicze każdą minutę i sekundę, każdą zaplanuję i sie wyrobię. Zrobię to dla nich. Ugotują nawet obiad wieczorem. A to wszystko dla nich. Bo jutro znów nie będę mieć czasu. Nie będę mieć czasu na to wszystko, co nie jest pilne. Za to będę mieć czas dla nich. I wiesz – kocham to. Kocham, gdy brakuje mi czasu, bo wtedy wiem, gdzie ten czas ucieka. I jest mi z tym dobrze. 

I tak każdego dnia …