23 października 2018 roku

godz. 18.10 – Nie wiem, czy spodoba Wam się taka forma przekazywania myśli, przeplatana różnymi wpisami, ale jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. Może będzie potrzeba czasu, by móc się przekonać, bo to dość osobiste pisać internetowy dziennik, w którym ukrywają się najgłębsze myśli, o których czasami trudno powiedzieć siostrze, a co dopiero całemu światu….

Dziś wstałam razem z dziewczynkami. Tuż przed 8. Dziewczynki miały Bal Przebierańców w przedszkolu, więc po wczorajszej akcji szukania strojów na szybko, udało mi się przebrać je za dynię i winogrona. Do przedszkola poleciały niemal na skrzydłach. Cieszę się, że Majce w końcu udało się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Wiktorią się nie przejmowałam, bo uwielbia swoją zerówkę od samego początku, ale Majka bardzo przeżywała rozstania ze mną. Od tygodnia nie płacze, kiedy ją zaprowadzam i tak bardzo kamień spadł mi z serca, że sama nie mogę się nadziwić, jak lekko na sercu może być wtedy, kiedy ma się świadomość, że dziecko zamiast wylewać krokodyle łzy, po prostu się bawi.

Dziś zrobiłam coś dla siebie. Zaliczyłam bieg na Bolko i kosmetyczkę. Ostatni raz byłam u Natalii chyba rok temu. Wiem, że powinnam chodzić do niej częściej, ale ilekroć sobie przypominam o tym, zdaję sobie sprawę, że minęło już kilka miesięcy od ostatniej wizyty, a potem robi się pół roku, rok i znów jestem w punkcie zero.

Obiad był mało wymyślny. Ryż z potrawką z kurczaka. Tym razem nie eko. Zrobiłam też zupę pomidorową. Będzie na jutro.

Kiedy Wiki była na gimnastyce, poszłyśmy z Majką do Biblioteki. W ręce wpadła mi książka Jandy  „Różowe tabletki na uspokojenie”. Z początku lekki dystans. Ale wystarczyło, żebym przeczytała te oto słowa… „Wracałam dwa dni temu z Nowego Jorku i kilka godzin w samolocie rozmawiałam z mężczyzną, który mnie na szczęście nie znał. Ten człowiek ma wszystko, pieniądze, fabryki, hotele, domy, żony, narzeczone, dzieci, dzieła sztuki – tylko nie ma celu w życiu. Dzięki niemu uświadomiłam sobie (…) że świadome „nie mieć” – jest nobilitacja i uspokojeniem”. Parę zdań, by za chwilę chcieć pochłonąć tą pozycję w jedną noc. I coś czuję, że dziś nie zasnę, póki nie zaspokoję swojego „pragnienia” na Jandę.

godz. 18.30 – wciąż piszę, popijając herbatę. Koniecznie z cytryną i miodem. Moja ulubiona. W tle Garou raczy mnie swoim głosem na zmianę z Celine Dion.
Skończyło się pranie. Trzeba wywiesić. I popracować. I położyć dziewczynki spać. I znów popracować… a tymczasem zmęczenie łapie mnie tuż po 18. Wypiłabym kawę, ale na mnie nie działa. 
I ta książka… Ok. Idę poczytać kilka stron…

godz. 18.36 – Zapomniałam napisać, że ten rok jest dla mnie wyjątkowo „inni”. Już nawet nie ciężki. Gorszy. Inny. Powoli jednak łapię dystans i jeszcze bardziej dostrzegam piękno otaczającego mnie świata…