Spotyka nas taka sytuacja. Siedzimy sobie w restauracji czekając na zamówione dania. Wiki pięknie rysuje na karteczce, którą dostała od kelnera, Maja siedzi w krzesełku próbując chwycić kredki, które leżą tuż obok niej. Gdy jej się to udaje, chwyta je do buzi, a gdy jej zabieram w obawie by nie połknęła ugryzionej końcówki, zaczyna się histeria. Chcąc uratować sytuację podsuwam jej ulubioną zabawkę, ale nie wydaje się ona interesująca w porównaniu do kredek, widelców, noży, serwetek a w ostateczności  do zupy, która ląduje na stole. Znów zaczyna się płacz, który opanować może jedynie wzięcie na ręce, choć okazuje się, że i ten zabieg jest mało satysfakcjonujący. Wyrywa się na prawo i lewo. Jest wyspana i najmniejszą ochotę ma teraz na przytulanki ze mną. Chce się bawić, w locie coś zjeść, po to by znów smakować wszystko dookoła. Tak. Wiem. Ona tak poznaje świat. Szkoda, że nie rozumie tego para siedząca obok … a nawet i dwie. Dla nich mam wrażenie moje dziecko jest intruzem – małym wrogiem burzącym ich spokojny świat a już na pewno spokojny obiad. I choć staram się ich zrozumieć i stawić się w ich położeniu, w którym byłam przecież 5 lat temu to wydaje mi się że to wszystko działa w jedną stronę.

Ich spojrzenia kierowane w naszą stronę, chcące dać mi do zrozumienia „Halo, matko! nie potrafisz uspokoić własnego dziecka„, stają się coraz bardziej namolne. Mam ochotę wstać i poprosić Państwa X, którzy notabene weszli do restauracji po nas, siadając stolik obok naszego, podczas gdy kilka sal świeciło pustkami, by się przesiedli, skoro im przeszkadzamy. Nie zdążyłam poprosić. Zrobili to sami. Szkoda tylko, że przy tym wszystkim zdążyli dodać całkiem śmiało „Tutaj nie idzie w spokoju zjeść obiadu”. Poszli. A ja pomyślałam sobie – fakt. Nie idzie. Ja nie zjadłam spokojnie obiadu od 4 lat. Tyle, że różnica między nami a tą parą jest taka, że my rozumiemy, że z dziećmi sokojnie się nie da, a oni nie.

Nigdzie na drzwiach nie było kartki „Bez dzieci proszę„. Nie było takiej potrzeby, bo całe szczęście restauracje, nawet te wykwintne idą z duchem czasu za naszym prodzietnym społeczeństwem i otwarci są na każdego. Mile widziane są u nich dzieci dla których tworzy się specjalne menu jak na przykład rosół bez pietruszki albo pizza bez dodatków. Tu wrażenia kulinarne dzieci są niemniej ważne od doznań rodziców. Bo szczęśliwe dziecko to szczęśliwy rodzic. Nie tylko na odwrót. A jak dziecku posmakuje to i rodzic wróci. Dla dziecka.

Szkoda więc, że społeczeństwo wciąż dzieli się na dwie grupy. Te rozumiejące i te mniej rozumne. Nie raz czytałam artykuły, w których próbowano wmówić mi, że dziecko to nie świeta krowa. W restauracji ma być cicho. A zwłaszcza w tej, w której brak kącika do zabaw a klamki bardziej przypominają kupę złota niż klamkę. Rozumiem o co takim chodzi. O to, że ludzie przychodzący tam bez dzieci pragną ciszy i spokoju. O to, że restauracja to jak muzem. Ciekawy wydaje się być odgłos sztućcy uderzających o talerz ale już grymas dziecka – niekoniecznie. Tacy autorzy najczęściej powołują się na sytuacje, gdy rodzice nie robią nic a nic, a dziecko płacze wniebogłosy nie szanujący tym innych. Tyle, że wiesz co? Doprawdy nigdy nie byłam świadkiem takiej sytuacji. a Ty? Zawsze widziałam, jak rodzice starali sie zrobić cokolwiek by dziecko było w miarę spokojne. W ostateczności podsuwając mu pod nos tablet z YT. A potem widzisz te spojrzenia. A potem słyszysz, że coś jest nie tak, bo pozwalasz by Twoje dziecko miało nos wlepiony w ekran komputera, co je ogłupia. Tak źle i tak nie dobrze. Morał z tego taki, że innych nie zadowolisz. Choćbyś na rzęsach stanęła.

Miejsce publiczne to miejsce publiczne. Takie samo dla mnie jak i dla mojego dziecka. Dla pary młodych i pary dziadków. Dla wszystkich. I do obowiązków każdego należy zachowywać się z szacunkiem dla drugiej osoby ale też odpowiednio do swojego wieku. I dopóki restauracja nie odmówi nam wstępu z powodu dzieci, to mam prawo się tam wybrać, zjeść, wcale nie w spokoju, ale tak jak na codzień. Czasem z płaczem w tle który staram się opanować, czasem z buntem, odmową zjedzenia czegoś co im nie podchodzi z dziecięcym śmiechem i tupnięciem nóżką. Bo czegoś innego będę wymagać od Wiki, która wiele rzerzy rozumie i którą uczę nie tylko poprawnego jedzenia metalowymi sztućcami ale też tej zewsządoczekiwanej ciszy, a czegoś innego wymagać będę od Mai. Dni pędzą i z każdym takich wschodem i zachodem słońca moje dzieci coraz bardziej uczą się JAK funkcjonować w społeczeństwie. I tego uczył się każdy. Ty też. Tyle, że Ty tego naie pamiętasz … Ale Twoi rodzice owszem. A póki ja muszę znosić namiętnie całującą się w restauracji parę, klnących kelnerów albo ludzi idących chodnikiem i palących fajki, albo bandy wrzeszczących nastolatków to również poproszę o znoszenie mnie. W każdej sytuacji. Z dziećmi lub bez. Bo szacunek nie należy się tylko tym co pragną ciszy. Szacunek należy sie też rodzicom z dziećmi i tym dzieciom. One też pragną szacunku. I zrozumienia. Niby tak niewiele a dla niektórych to góra lodowa nie do przejścia. Przykre to, prawda?

Zrozumiałabym zachowanie tej pary co nie bardzo chciała obserwować jak właśnie dla nich staram się uspokoić Maje szybciej niż zazwyczaj. Tak. Robiłam to dla nich. Zrozumiałabym gdyby oni zrozumieliby nas. Gdyby odeszli ze stolika z uśmiechem na ustach lecz nie bez wyrzutu. Ale wystarczyło ich jedno głupie zdanie bym uświadomiła sobie, że problemem nie są dzieci lecz dorośli. To oni najczęściej komplikują to, co wydaje sie być tak proste. W tym wypadku to nie moje dziecko okazało się intruzem. Intruem dla nas byli oni. I naszczęście sobie poszli. 

Ps. a jeśli masz mieszane odczucia co do mojej interpretacji tematu to zajrzyj jeszcze TUTAJ. Ten artykuł powstał na odpowiedź komentarzy stanowiących o tym, że zabrakło mi szacunku dla tej pary. Cóż nie każdy zrozumiał przesłanie tego wpisu ..

A jakie Ty masz doświadczenia w tym temacie? Jak patrzą na Twoje dziecko w miejscach publicznych? 

nowe-1-1018