Wyobraź sobie to uczucie. Siedzisz na kanapie. Pijesz ciepłą herbatę. Czytasz dobrą książkę. Nagle podbiega do Ciebie Twoje dziecko, siada obok, głaszcze Twój rosnący brzuszek, który powoli staje się widoczny nie tylko dla Ciebie, ale też dla innych. Maluch zachwyca się tym, że w maminym brzuszku pływa jego malutki, przyszły towarzysz zabaw i przegadanych nocy. Tulisz go do siebie, przy okazji opowiadając mu, jak było na świecie, gdy to On był w środku. I nagle czujesz lekkie ukłucie w serduchu, po którym ogarniają Cię wyrzuty sumienia. Właśnie w myślach zadałaś sobie pytanie: „Czy zdołam te drugie tak samo pokochać jak pierwsze„?

Przyznaję bez bicia. Pomyślałam tak wiele razy. Wielokrotnie to pytanie nie dawało mi w nocy spać. Leżałam i myślałam, jak to będzie. Jak podzielę tę miłość, którą czuję do Wiki? Czy starczy mi jeszcze miejsca w sercu, by drugi raz tak mocno pokochać? A co będzie, gdy jednak nie pokocham? Nie w ogóle, lecz inaczej – gorzej, bez emocji… W tym momencie powiedz mi proszę, że też o tym myślałaś, bym wiedziała, że nie byłam sama…

No i nadszedł ten dzień. Dzień, w którym na świecie pojawiła się ONA. Druga córka. Dzień, w którym do pokochania miałam już dwie, nie jedną. Bo wiecie. Miłość do Wiki wystrzeliła do nas na całego. Kochałam ją od pierwszych dwóch kresek. Obłędnie. Gdy jeszcze nie słyszała, ja jej czytałam, gdy nie widziała – uśmiechałam się do niej. Mówiłam czułe słówka, bo czułam, że Ona to czuje… z Mają było niby tak samo, a jednak inaczej. Też wystrzeliła miłość, tyle, że na inne rzeczy troszkę zabrakło czasu. Bo ten czas wypełniała Starsza. Więc nie siedziałam godzinami głaskając brzuszek, gdy czytałam, to czytałam Wiki, a Maja mogła być tylko słuchaczem. Dlatego tego dnia, gdy powitaliśmy Młodszą na świecie poczułam się … rozdarta na pół. Poczułam, jakbym Młodszą kochała mniej, jakbym nie umiała jej kochać równie mocno. I za tę poporodową emocję winię swoje rozdarcie i tęsknotę. Albo inaczej. Nie bardzo umiałam cieszyć się jedną, bo zabrakło przy mnie drugiej …

A gdy wróciliśmy do domu wcale nie było lepiej. Jeszcze gorzej było, gdy trafiliśmy do szpitala. Zostawiałam Wiki na całe dnie jeżdżąc do Majki i czułam ogromne wyrzuty sumienia. Bo wiedziałam, że obie mnie potrzebują. W dodatku miałam świadomość tego, że Wiktoria potrafi odwzajemnić moje uczucia, rozumie emocje, sama potrafi je wyrażać, a Maja – nie bardzo, nie na ten etap… Tak mi się wydawało… Powrót do rzeczywistości po zakończonych szpitalnych perypetiach też nie należał do udanych. Czasem budziłam się i zasypiałam z myślą, że przez Młodszą, zabieram coś Starszej. I faktycznie tak było. Ograbiałam ją ze swojego 100 % zaangażowania, 100 % czasu, który kiedyś poświęcałam tylko jej, a potem musiałam ten czas podzielić. I to w dodatku nie po równo, bo Młodsza potrzebowała mnie częściej. Nie bardziej, a właśnie częściej. Tu pieluszka, tam karmienie, tu lulanie, tu kolka i nim się obracałam ciągle coś. Czasem nawet zdarzyło mi się pomyśleć, że Maja już tak fajna jak Wiki nie jest. Straszne uczucie. Ale ..

Ale siadłam sobie wczoraj wieczorem, gdy już wszyscy byli w objęciach Morfeusza na kanapie. Siadłam by na chwilę pomyśleć. Nie chciałam czytać książek, nie miałam ochoty oglądać Tv, czy patrzeć się bez powodu w Smartfona. Uświadomiłam sobie, że mam przy sobie dwie zupełnie różne osoby. Inaczej jest kochać kogoś kogo znasz już 3 lata i nagle pojawia się ktoś inny, kogo wciąż jeszcze nie znasz i go też kochasz. Kochasz go inaczej, ale nie gorzej. Inaczej dlatego, że to zupełnie inny człowiek. Nie dzielisz tej miłości na pół, na 3/4 czy 1/3. Ta miłość sama się pomnożyła, więc starcza Ci miejsca w sercu na każde Twoje uczucie. Dzielić to można czas, zainteresowanie, ale nie miłość. Nie kochałam jednej mniej, a drugiej bardziej. Nie dzieliłam ich na lepszą i gorszą. Kochałam i kocham je tak mocno, że za jedna i za drugą życie bym oddała. Ale inaczej kochałam na tamten moment 3 latkę, a inaczej 2 miesięczne niemowlę. Ot tak po prostu. Inaczej.

I jedna i druga jest tak samo moja. Dałam im życie. To z moich komórek powstały ich komórki. A słowo – miłość, wciąż jest dla mnie zagadką. Czuję ją, choć czasem nie rozumiem. Nie umiem powiedzieć Wam czemu. Po prostu miłość zawsze będzie zagadką. To o niej pięknie piszą, poradniki wydają, ale wciąż pytają – Czym ona jest?

Jedno wiem na pewno

Miłość cierpliwa jest, łagodna, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy i „gdybym też miała dar prorokowania i znała wszystkie tajemnice, i posiadła wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak żebym góry przenosiła, a miłości bym nie miała byłabym niczym”…

Ale jestem kimś, bo miłość mam. W dodatku mam miłość matczyną, a ta jest tak wyjątkowa, że tylko Mama zrozumie, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi…

nowe-1-249nowe-1-247