Ponieważ bardzo cenicie sobie moje doświadczenia związane z rozwodem i życiem po, dziś w dość krótkim wpisie chciałabym podzielić się z Wami tym, co ostatnio jest udziałem dziewczynek. Co prawda dla mnie ślub mojego byłego męża nie był zaskoczeniem, ale dla dziewczynek była to dosyć nieoczekiwana informacja, do której, choć starałam się ich przygotowywać mówić „kiedyś to nastąpi”, to jednak… lekki szok. Nastąpiło.

Tym samym w ich codzienności rozpoczął się nowy etap. Czas w którym wszystkie aktywności dzielą z Tatą i jego nową żoną.

Jak sobie z tym radzą? Różnie. Inaczej reaguje Maja, inaczej Wiktoria. W dużej mierze wynika to z ich wieku oraz różnej świadomości, którą mają. Wiki z całej sytuacji rozumie znacznie więcej niż Maja, dlatego też inaczej reaguje na nową żonę Taty. Staram się zrozumieć jej emocje i wiem, że są one dla niej nowym doświadczeniem. Ja sama uczę się akceptować tą sytuację i to nie dlatego, że jest ona dla mnie bolesna, bo nie jest, ale dlatego, że zarówno z byłym mężem jak i jego żoną nie łączą mnie żadne relacje i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek to się zmieniło. Choć rozwód jest za nami, nie ma między nami porozumienia, a w takiej sytuacji ciężko o budowanie jakichkolwiek pozytywnych wibracji wokoło tego tematu.

Wiecie, łatwo się czyta – „zaakceptuj nową partnerkę Taty i spraw, by dzieci ją pokochały”, kiedy one nie chcą jej kochać i mają do tego prawo. Bywają dni, kiedy Maja mówi mi wieczorem, że chce, żeby Tatuś mieszkał z nami, a ja cierpliwie tłumaczę jej, że to niemożliwe. Ile razy słyszałam pytanie „Mamusiu, a kochasz jeszcze Tatusia?”. Ile razy musiałam odpowiadać jak dorosłemu, z nie dziecku. Bo jedno pytanie rodziło kolejne. Czy kiedykolwiek kochałam Tatę, dlaczego teraz już nie kocham. Dlaczego Tata przestał kochać. Dlaczego ma inną żonę. Czy będą mieli dzieci. I tak dalej.
I czuję, że to wszystko jest na moich barkach. A to jak będę im odpowiadała i jaki obraz  tego zbuduję, zostanie z nimi na zawsze.

Nigdy ich nie okłamywałam. Wyjaśniałam tak, jak było. A jednak pomimo prawdy, teraz chcąc czy nie chcąc muszą tą sytuację zaakceptować. I wcale nie oznacza to miłości do nowej żony Taty aż po grób. Musi minąć czas zanim pewne rzeczy po prostu „oswoją”. Zanim zrozumieją, że skoro to jest nowa żona Taty, to oznacza, że mają prawo się przy nich całować, trzymać się za ręce i sobie „kotkować”. Zanim stanie się to dla nich na tyle normalne, że już nie będzie wzbudzało ich sensacji i tłumaczenia mi po powrocie krok po kroku wszystkiego łącznie z demonstracją co robili i jak to robili.

Jeśli Wiktoria mówi, że nie chce, by nowa żona Taty ją trzymała za rękę, szanuje to. Jeśli Majka mówi, że ją chwyciła za rękę, nie mam do niej żalu. Nie mam, bo wiem, że żadna inna kobieta nigdy nie będzie dla nich mamą, nawet jeśli w świetle prawa jest ich macochą. Staram się nie okazywać przy dzieciach negatywnych emocji, bo nie czuję zazdrości. Raz kiedyś usłyszałam, że musi być mi źle, że dzieci się dobrze bawiły w ich towarzystwie, a tymczasem ja cieszę się, że one się dobrze bawiły. W końcu to ich dobro jest dla mnie najważniejsze.

Ponieważ ja nie rywalizuję z nikim o uczucia swoich córek, staram się by ta nowa sytuacja była dla nich normalna. W końcu być może przyjdzie taki czas, kiedy będzie to działało w dwie strony. I co wtedy?

I dopóki wracają i krzywda im się nie dzieje, jest ok. 
Bo do miłości w życiu nie zmusisz nikogo. I to one kiedyś w dorosłym życiu zadecydują, jakie relacje będą ich łączyły z nową żoną Taty. Muszą to tylko sobie w głowie poukładać i pewne rzeczy po prostu zrozumieć. A do tego potrzebny jest tylko… czas.