A gdyby tak to wszystko olać?

Czasami mam dość bycia tą, która nad wszystkim trzyma pieczę. Oczywiście czuję przy tym ogromną wdzięczność za ten dar, jakim jest macierzyństwo i jeszcze większą wdzięczność za to, że mam męża, który dba o nas pod wieloma względami, co nie dla każdego jest czymś tak oczywistym. Bartek jest bardzo pomocny i kiedy tylko może wspiera mnie, nawet jeśli w grę wchodzi nocne wstawanie do Mai. Co prawda jak to mówi, cycka nie da, ale ponosi, przytuli i gdy jej płacz sięga już zenitu, odda i … pójdzie spać. Ale ma chęci, a one ponoć liczą się najbardziej, prawda?

Tyle, że on nie jest mną.

Nie jest tą osobą, która gotuje obiad z jednym dzieckiem na biodrze i drugim trzymającym się mojej spódnicy i zadającym setki pytań na minutę, zaczynającym się od słowa: „a dlaczego?” …

Nie jest tą osobą, która dba o to, by podłoga była starta każdego dnia. On nie widzi tych okruszków, które widzę ja. On nie widzi brudnej szyby, albo opalcowanego telewizora …

Nie jest tą osobą, która dba o to, by skarpetki były zawsze do kompletu, a piżama przed snem była zawsze ciepła … 

Nie daje kubków w odpowiednim kolorze.

Nie wie, który talerzyk trzeba podać na śniadanie, a który na obiad.

Nie jest tą osobą, która, gdy coś się wali, myśli od razu, że to jej wina i popada w przygnębienie …

On po prostu żyje pełnią życia i nie przejmuje się specjalnie takimi niuansami. Zawsze powtarza mi – najważniejsze że jesteśmy zdrowi – reszta sama się ułoży.

I ilekroć to słyszę, cieszę się, że mam przy sobie kogoś, kto na prozę życia umie spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Tej lepszej i nieskomplikowanej.

Ale czasem zastanawiam się, co by jednak się stało, gdybym to wszystko puściła? Zwyczajnie przestała o to dbać i się tym przejmować. Żyć tak jak on – z mniejszym ciężarem na sercu?

Jak wiesz, tydzień temu byliśmy na wyjeździe. Kiedy zaczęliśmy się pakować , on jak zwykle szybko przygotował swoją torbę – kosmetyki, kilka par majtek i dwie bluzki. Nigdy zbyt wiele nie potrzebuje do szczęścia. Za to ja pakowałam się godzinami. Potem to wszystko z trudem wniosłam do samochodu, by już na wakacjach stwierdzić, że połowy z tego nie potrzebuję.

Zdałam sobie sprawę, że czasami spinam się za bardzo. Chce by wszystko było na tip top, podczas gdy nikt poza mną tego nie widzi. Gdy będąc w Zakopanem stwierdziłam, że zapomniałam kilku ważnych dla mnie rzeczy, biorąc masę zbędnych bibelotów i standardowo zbyt wiele ubrań, on spojrzał na mnie i spytał: „Serio, nasz wyjazd się bez tego nie uda?” Cóż. Udał się. Było tak fantastycznie, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że czegoś mi brakowało … czegoś tylko na pozór tak istotnego.

Bo istotne są tak naprawdę inne rzeczy … te, których czasem nie widać …

I dziś mam taki dzień, że siedzę i widzę mnóstwo rzeczy do zrobienia. Od prania, prasowania, aż po kurze. Rzeczy, które wydają mi się do zrobienia na już i na teraz. A po chwili patrzę na córki i Bartka, którzy bawią się w pokoju i wcale się tym, co ja nie przejmują. Idąc koło rozwalonych zabawek, nie potykają się o nie, ale przechodzą obok. Nie czują frustracji i niezadowolenia. W takich sytuacjach zaczynam rozumieć, że to wszystko może poczekać. Zwyczajnie mogę to olać i … nic się nie stanie. 

Te chwile, kiedy potrafię zdać sobie z tego sprawę są dla mnie bezcenne. I nie chodzi o to, by nagle ze wszystkiego zrezygnować. Dom się sam nie wysprząta, obiad się sam nie ugotuje, ale znalezienie równowagi w tym całym chaosie to sztuka, nad którą warto pracować całe życie …

Bo to, ma się tylko jedno …

A dzieci rosną i nigdy już tak bardzo nie będą potrzebować Twojej uwagi, jak właśnie dziś …