Zastanawiałam się, jakim wpisem powinnam rozpocząć ten rok. Czy wrzucić jakiś przepis, bo przecież kochacie piec bułeczki, czy może recenzję, bo lubicie gdy pokazuję fajne zabawki lub przydatne mi gadżety.
Ale tego w tym roku nie zabraknie…

Nie zabraknie niczego i choć ostatnio najczęściej można spotkać mnie na Instagramie, to właśnie tutaj pisanie sprawia mi największą przyjemność…

Ten rok postanowiłam rozpocząć zatem od tego, co jest najbliższe mojemu sercu…
Mam nadzieję, że znajdziecie w nim garść motywacji. A jeśli za nią pójdą łzy, to wiedzcie, że w dniu dzisiejszym moje oczy też są mokre…

Kiedy ponad 6 lat temu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski byłam szczęśliwą mężatką. Po 3 latach, kiedy ponownie podpisywałam taka umowę, rodząc Majkę, nadal czułam się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Nie brakowało mi niczego. Było mieszkanie, były pieniądze, a co najważniejsze kochająca rodzina i zdrowie, bez którego to wszystko traci sens…
Dziś zostałam tylko z umową. Właściwie dwiema. Dwie dożywotnie umowy, które podpisałam nie patrząc na konsekwencje. Nigdy nie spodziewałam się bowiem tego, że ta jedna osoba, która podpisywała się przy mnie, złamie jej warunki, pozwalając bym do końca samodzielnie ją realizowała…

Dziś pisałam o tym na Instagramie. Mam dzień emocji, niczym na największym rollercoasterze świata. Gdybym miała możliwość przez 24 godziny non stop pisać, to właśnie dziś napisałabym swoją pierwszą książkę. O tym co przeszłam w życiu, o emocjach, uczuciach i wartościach, które wyznaję. O sile i samotności. O tym, jak uśmiechać się pomimo trudności i jak płakać tak, by nikt nie widział, że to robisz… Może kiedyś ujrzy ona światło dzienne… Może zdobędę się na śmiałość i napiszę coś tak bardzo mi bliskiego, coś po przeczytaniu czego, wciąż będziecie mieli ochotę na więcej, pamiętając, by zaopatrzyć się w większą paczkę chusteczek… 

I nie dlatego, by zagrać na czyiś emocjach. Lecz dlatego, że to właśnie życie generuje emocje. Raz większe, raz mniejsze, ale pojawiające się codziennie. Uzależnione od pory dnia, cyklu, albo ilości wyjedzonych czekoladek. Obok jednych przechodzimy obojętnie, inne wywołują w nas radość, a jeszcze inne smutek. Ale z każdą musimy się zmierzyć…

Sama nie wiem czy to początek poematu, czy dochodzę do sedna…

Od jakiegoś czasu, wiele z Was zadaje mi mnóstwo pytań…
Widząc, że jestem uśmiechnięta, pytacie czy JUŻ kogoś mam, widząc mnie smutną, wyrażacie swoje współczucie dla sytuacji w której się znajduję. Wiem, że gdy dzielę się z Wami swoim życiem, muszę liczyć się z tym, że będziecie je komentować… i nie mam nic przeciwko. Cierpliwie odpisuję, rozwiewam wątpliwości, a czasem po prostu wysłuchuję…

Ok. Kontynuując…

Zmieniłam prawie mój stan cywilny z „mężatka” na „rozwódka”, ale nie zmieniłam się ja. Nie stałam się kimś nowym czy lepszym. Nawet nie gorszym. Przestałam być żoną, ale wciąż jestem Mamą. Te dwie umowy podpisałam na całe życie i one będą ze mną na zawsze. Życie uświadomiło mi po raz kolejny, że w nim nie można być pewnym niczego, prócz własnie tego, że jest się całym światem dla kogoś znacznie młodszego niż my…
Przynajmniej przez kilka pierwszych lat. A gdy opadają motyle, okazuje się, że w tym jednym przypadku nie można wziąć rozwodu…

Można się bowiem rozwieść z mężem i pokochać kogoś innego na nowo. Można stać się blondynką, kiedy przez całe życie było się czarną. Wszystko może się zmienić. W sekundę. Ale kiedy zostało się Mamą, to tą Mama będzie się zawsze…

Kiedy pytacie mnie zatem, jak ja to robię i w czym tkwi sekret tego, że wciąż się uśmiecham i pomimo trudów życia, ja nadal wierzę, że jest ono piękne, odpowiedź siedzi własnie w tych czterech bosych nóżkach, na które patrzę codziennie. Nie pozwoliłam, żeby sytuacja w której się znalazłam osłabiła mnie na tyle, bym nie dawała szczęścia tym, którzy są przy mnie prawie 24 godziny na dobę… I własnie to jest dziś moim celem. Życie z nimi. Codzienne, zwyczajne i przewidywalne. Czasem pachnące pierniczkami, a czasami zupełnie bezzapachowe. Momentami zaś nawet śmierdzące…

A na prawdziwa miłość zaczekam. Bez tęsknoty, która i tak mnie czasem dopada. Może ta miłość spadnie jak grom, a może będzie efektem jakiejś przyjaźni, o której dziś nawet nie myślę… Może pojawi się za rok, za dwa lub pięć…
Nie liczę. Nie stawiam wymagań, co do terminu. Ja nawet nie czekam. Jak się pojawi – doświadczę i uczynię wszystko…
Resztę przysięgi dobrze znasz…

Ale teraz śmiało mówię, że swoje szczęście buduję TUTAJ. W pojedynkę, z nimi dwiema.
I choć bywa różnie… ze łzami ukrytymi w poduszkę i radością czarowaną na zawołanie, to wiem, że jeśli dziś pozwolę sobie na to, by samodzielnie zdobywać świat, za jakiś czas odkryję, że świat budowany we dwójkę, jest jeszcze piękniejszy…

za jakiś czas…