Jak pomyślę co czeka nas przez najbliższe miesiące, automatycznie tracę energię. Czasem świadomie uciekam od internetowych treści, bo nie jestem w stanie czytać ciągle tego samego. Mam żal o to, że tak dużo mówi się o samej koronie, statystykach i wizji masowych szczepień, a tak mało mówi się o NATURALNYM WZMACNIANIU organizmu oraz o tym jak postępować w przypadku pojawienia się objawów. Nie natrafiłam na żaden artykuł na pierwszej stronie „internetowych gazet„, mówiący o tym co stosować, jeśli czujemy, że coś nas bierze i to może być TO. A przecież znamy domowe sposoby na koronawirusa. Przynajmniej by złagodzić objawy…

Takich informacji szukam na forach, w książkach oraz słuchając ludzi, którzy na co dzień zajmują się naturalną medycyną. A przecież o tym powinni pisać. To powinni na konferencjach mówić głośno i wyraźnie. Bo co nam po statystykach? My chcemy być zdrowi, a jak już nas dopadnie, to chcemy przejść to najłagodniej jak się da.

Dlatego postanowiłam zapisać kilka sposobów, które mogą złagodzić objawy wirusa. I to nie tylko tego, ale każdego, który stanie nam na drodze.

Jakie domowe sposoby na złagodzenie objawów koronawirusa sprawdzają się u większości?

  1. Witamina D – coraz więcej mówi się o tym, że ryzyko infekcji koroną, ma duży związek z poziomem witaminy D w naszym organizmie. Wiele źródeł zaleca suplementację witaminą D w okresie infekcji nawet do 10 tyś jednostek UU. Ja aktualnie biorę 8-10 tyś, a dziewczynki po 2000 – 4000 UU (zależy jak mi się wkropi). Przy czym TERAZ to znaczy w momencie większego ryzyka, kiedy np. koronawirus jest w przedszkolu – normalnie dziewczynki biorą 2000, a ja 4000 UU. Myślę, że taką kurację można zrobić w momencie stwierdzenia koronawirusa, a potem wrócić do dawek mniejszych. Wczoraj zakupiłam witaminę D bez witaminy K, więc K muszę dokupić jutro. Kiedy rozmawiałam z lekarką pierwszego kontaktu i wspomniałam o tym, że daję dzieciom taką dawkę, nie było protestu, więc myślę idziemy w dobrym kierunku. Ogólnie z dziewczynkami suplementujemy witaminę D cały rok (latem nie daję jej regularnie, ale daję) i mam nadzieję, że nasza w miarę dobra odporność od lutego jest efektem właśnie pamiętania o jej zażywaniu.*Przed suplementacją zbadaj poziom witaminy D, a ewentualną dawką skonsultuj z lekarzem lub dietetykiem klinicznym.
  2. Witamina C – Tutaj odeślę Wam do artykułu Iwonki Wierzbickiej, która wytłumaczyła dokładnie, jak obliczyć ilość spożywanej witaminy C w zależności od masy ciała (KLIKNIJ TUTAJ). Generalnie zaleca się stosowanie witaminy C w dawce uderzeniowej przez pierwsze 3 dni (kiedy dopadają Cię objawy infekcji wirusowej), każdego dnia co godzinę. Osoba ważąca 50 k, może zastosować 35 g witaminy na dobę (dzieli na ilość godzin, kiedy jest aktywna, wykluczając sen). Po 3 dniach przechodzi na dawkę około 3 g na dobę, a następnie robi sobie przerwę. Profilaktycznie zaleca się stosowanie 1 g witaminy na dzień. Czy kiedykolwiek słyszałaś, żeby „rząd” zachęcał nas do picia witaminy C? Ok. Nie musisz odpowiadać.
    Oczywiście trzeba patrzeć na swoje ciało, bo jednorazowa dawka 2-3 g w pierwszych 3 dniach może być za duża (zwyczajnie Cię wtedy przeczyści) i wtedy trzeba zastosować mniejszą ilość, ale nie rezygnuj! Efekty naprawdę są widoczne!
  3. Artemizyna (ekstrakt z bylicy rocznej zwanej słodkim piołunem) – można ją kupić w formie tabletek lub kropli lub suszu, z którego można przygotować napar, nalewkę. Zaleca się stosowanie 500 mg dwa razy dziennie przez okres 30-40 dni. Ja właśnie zamówiłam bylicę i czekam na przesyłkę. Jak tylko poczuję, że coś mnie bierze, bylica będzie dla mnie pierwszą deską ratunku. *(Pamiętaj, jeżeli zażywasz jakiekolwiek inne leki, suplementy diety lub jeżeli cierpisz na choroby przewlekłe, przed zażywaniem artemizyny, artesunatu lub ekstraktu z Bylicy rocznej w formie suplementu diety lub leku skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Zawsze przeczytaj ulotkę dołączoną do suplementu. Pomimo faktu, iż substancja jest uważana za bezpieczną zawsze mogą wystąpić interakcje z innymi zażywanymi lekami lub suplementami diety.) Naprawdę warto jednak poczytać o bylicy i rozważyć jej zakup. Jeśli sprawdza się w leczeniu malarii, a koronę leczą lekami na malarię, to może coś w tym jest? Zresztą w Afryce w czasach korony wzrosły uprawy bylicy. Czyżby dobry sposób był na wyciągnięcie ręki? A może napar z użyciem bylicy, cytryny, trawy cytrynowej, ananasa, limonki i imbiru? Ponoć działa cuda. Słyszałyście?
  4. Cynk – ponoć ma ogromne znaczenie w budowaniu odporności, więc warto już dziś wprowadzić go do swojej diety. I nie wierzę tym, co mówią, że to nic nie działa! Ja od lat leczę się domowymi sposobami i naprawdę widzę, że one bardzo wspierają nas w walce z infekcjami. Dlaczego nie spróbować przy pierwszych objawach korony? Przecież to też wirus… A apteka natury ma leki na wirusy, pamiętasz? Tak. Ta książka wciąż jest u mnie HITEM! Kupisz ją TUTAJ. *Ponoć cynk wspomaga organizm w przypadku utraty węchu, z drugiej strony ponoć jego nadmiar może sprzyjać powstaniu nowotworu piersi (dowiedziałam się tego od jednej z Was) – dlatego warto dokładnie obliczyć dawkę.
  5. Olejek CBD – tego nie stosowałam, ale czytałam o tym, że kannabidiol może być pomocny w leczeniu korony. Biorąc pod uwagę, jak wiele osób chwali sobie stosowanie tego olejku w poprawie swojego samopoczucia i leczeniu wielu dolegliwości, może warto poczytać o tym więcej?
  6. Węgiel aktywny – „Dzięki właściwościom absorpcyjnym węgiel aktywny może być traktowany jako lek przeciwwirusowy. Przechodząc przez układ pokarmowy dzięki swojemu ładunkowi przyciąga różnego rodzaju patogeny, a także wirusy i wraz z nimi jest wydalany z organizmu.” – podobnie jak w przypadku witaminy C, istnieje terapia uderzeniowa węglem przy pierwszych objawach. Doktor Jaśkowski zaleca – „Gdy czujemy, że dopadła nas grypa, w pierwszej kolejności sięgamy po węgiel leczniczy, inaczej zwany aktywnym (aktywowanym). Bierzemy 10 tabletek takiego węgla, rozkruszamy i popijamy wodą. Przyjmujemy taką dawkę co 5 godzin, do czasu aż kupa będzie czarna. Po tym czasie jeszcze dwa razy.„. Węgiel nie ma żadnego ogólnego działania, lecz pochłania toksyny. Może złagodzi niezbyt fajne samopoczucie w przypadku jakiejkolwiek infekcji wirusowej? *Pamiętaj, że węgiel „zatwardza”, dlatego jeśli jako osoba dorosła spożywasz go, włącz do diety naturalny błonnik oraz pre i probiotyki.
  7. A do tego kiszonki, miód, cytryna, kurkuma, cebula i czosnek. Korzeń jeżówki, propolis, pyłek pszczeli, aloes. Czyli to o czym zapominamy, a co mamy niemal na pstryknięcie palcem.

Ja wierzę w MOC naturalnych metod. I mam nadzieję, że nawet jeśli mnie to dotknie, dzięki tej wiedzy, którą mam, mój organizm sobie poradzi! Bo w tym wszystkim duże znaczenie ma też nasza głowa! I nasz tryb życia. Pozytywne myślenie, odpoczynek, aromatoterapia**. O tym się nie mówi. A szkoda. Lepiej zastraszyć, niż podawać konkretne wskazówki. Lepiej zamknąć wszystkich w domach, zabronić świeżego powietrza i mówić tylko o liczbach. Ja chcę widzieć coś więcej. I widzę. Światełko w tunelu. Jeszcze będzie lepiej. A póki nie jest o te „lepiej” zadbajmy sobie sami…

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny poleć go innym. Niech poznają domowe sposoby na koronawirusa. Dobrem trzeba się dzielić.

Ps. Jeśli zauważasz u siebie lub u swoich bliskich objawy koronawirusa, skonsultuj się z lekarzem. Ten wpis nie stanowi wiedzy medycznej, a podane metody mogą być wsparciem w terapii. W przypadku dzieci najlepiej konsultować wszystko z pediatrą.

Ps2. Z wiadomości z jedną z Was, która przeszła koronawirusa, warto mieć w domu fitolizynę w tubce – i stosować w przypadku wystąpienia dolegliwości od strony układu moczowego (np. moją siostrę pobolewa nera) na nerki. Dawkujemy jak na ulotce – rozpuszczamy w wodzie (podpowiedziała jej to znajoma z Włoch) plus dużo wody!!
Warto też mieć w domu pulsoksymetr. Kontrola saturacji jest przydatna i pozwala ocenić swój stan zdrowia w warunkach domowych. Koszt od 70 zł na Allegro, w sklepach 100-200 zł i w górę. 

**Aromatoterapia a koronawirus – czy mówi nauka? Cytuję fragment znaleziony w internecie: „neurony węchowe się regenerują. Udowodniono, że można prowadzić „fizjoterapię nosa”, polegającą na treningu postrzegania zapachów. Długotrwałe i świadome wystawianie się na substancje zapachowe ma realny dobry skutek w przypadku utraty powonienia, także w przypadku szkód wywołanych przez koronawirusa – pisze magazyn „Science et Vie„. Wiec może i aromatoterapia podczas korony ma sens?