Ci, którzy mnie obserwują, wiedzą dobrze, że jestem bardzo wyczulona na punkcie zdrowia dziewczynek. Bardzo interesuję się medycyną (nie każdy wie, że zdawałam na medycynę i zabrakło mi jednego punktu!). Nie jestem przeciwniczką lekarstw, natomiast wiele razy przekonałam się o tym, że lekarze idą czasami po najmniejszej linii oporu – bez badań zapisują antybiotyki, nie wspominają o naturalnych metodach leczenia, a przede wszystkim ani słowa o wzmacnianiu odporności u dzieci, a na słowo „bańki” przekręcają oczami, choć za dziecka z pewnością nie raz mieli je stawiane na własnych plecach.

Przyznaję, że nie zawsze tak było. Zanim zostałam Mamą, bardzo często odwiedzałam gabinety lekarskie. Boli gardło? To do rodzinnego. Antybiotyk? Widocznie trzeba.
A potem urodziła się Wiki. Nie należała do chorowitych dzieci, ale często, zwłaszcza w sezonie zimowym, bywaliśmy u lekarzy. Wtedy byłam niedoświadczoną Mamą i byle kichnięcie mnie stresowało. Każdy katar trzeba było „osłuchać”. Brak apetytu? To pewnie skończy się chorobą. I tak dalej…

A później urodziła się Majka. Z zapaleniem płuc. 2 tygodnie w szpitalu i kolejne pół roku na sterydach. Końca nie było widać. Wydawało mi się, że mieliśmy najlepszą panią Doktor na świecie (wciąż uważam, że jest bardzo dobrym pediatrą). Ale jedna wizyta u niej okazała się przełomowa dla mojego sposobu postrzegania choroby u dziecka. Trafiliśmy do niej z gorączką Wiki. Szybka diagnoza – angina i antybiotyk. Wzięłam receptę i wyszłam. Tylko zastanawiało mnie, że choć boli ją gardło, nie skarży się na jakiś specjalny dyskomfort. Postanowiłam więc zrobić jej badania krwi i CRP (WSKAŹNIK ZAPALNY*) i pojechać jeszcze tego samego dnia do innego lekarza. Ten po przejrzeniu wyników (CRP było mniejsze niż 5 i badaniu stwierdził wirusowe zapalenie gardła – dużo picia lipy, syrop z czosnku, kilka dni odpoczynku i będzie dobrze. I faktycznie było. Trzy, cztery dni i Wiki była jak nowo narodzona.
* Medycyna jest zgodna w tym, że CRP do 40 jest wskaźnikiem infekcji wirusowej, a dopiero od 40 świadczy o infekcji bakteryjnej, dlatego zawsze kiedy widzę, że coś się dzieje, robię dziewczynkom morfologię oraz oznaczamy CRP, dzięki czemu wiem, z jakim rodzajem infekcji mamy do czynienia. 

Od tego momentu całkowicie zmieniłam swój pogląd na lekarzy. Oczywiście wciąż uważam, że medycyna to coś pięknego, co ratuje ludziom zdrowie i życie, ale stałam się bardziej świadomą Mamą w sytuacjach bardziej błahych. Kichnięcie już mnie nie stresuje, a w kwestii zdrowia i odporności dziewczynek, coraz częściej sięgam po alternatywne i NATURALNE metody leczenia.

Z jakich naturalnych metod leczenia korzystam?

Wiele razy wspominałam Wam o tym jakie metody na wzmacnianie odporności stosuję u dziewczynek. Miedzy innymi suplementacja tranem, naturalne antybiotyki takie jak syrop z czosnku i cebuli, suplementacja witaminą D oraz K i C w postaci aceroli. Naturalne syropy oraz bańki (bańki to świetny sposób, o którym pisałam Wam w TYM wpisie). A także oleje. I dziś parę słów właśnie o tym.

Jak olej z czarnuszki wzmacnia odporność moich dzieci? I jakie jeszcze oleje stosujemy w domu?

Jest kilka, które stosuję na co dzień. Przede wszystkim olej konopny MyVita, który towarzyszy nam praktycznie cały rok. Ma orzechowy smak i dziewczynki bardzo go lubią. Prosto było mi wprowadzić go do diety dziewczynek. Ma właściwości antybakteryjne i przeciwwirusowe i nadaje się do spożywania na zimno niemal od maleńkiego.

Drugim olejem, na którym bardzo mi zależało był olej z czarnuszki. Tutaj było trudniej, bo dziewczynkom nie przypadł on do gustu. Niemniej ze względu na jego właściwości podejmowałam wiele prób wprowadzenia go do diety. I w końcu nam się udało.
Olej z czarnuszki okazuje się być świetnym sposobem na alergię i infekcje. To również bardzo dobry kosmetyk, sprawdza się też przy olejowaniu włosów. TUTAJ znajdziesz wiele zastosowań oleju z czarnuszki, o których być może nie miałaś zielonego pojęcia.
Ale dziś parę słów o odporności. Olej z czarnuszki ma działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. Wspomaga pracę układu odpornościowego. Należy stosować go regularnie według schematu – dzieci do 3 roku życia ½ łyżeczki, a dzieci po 3 roku życia 1 łyżeczkę. Dorośli 1 łyżkę dziennie. Co prawda jest mocno wyczuwalny w smaku i dość charakterystyczny, ale możecie być pewni, że dzieci mogą się do niego przyzwyczaić. Tylko warto być konsekwentnym podczas wprowadzania go.

Jeśli natomiast dzieci nie tolerują oleju z czarnuszki, można w takich samych proporcjach wprowadzić mix, który znalazłam TUTAJ. To połączenie oleju lnianego z olejem z czarnuszki od marki Olej z Natury, który w smaku jest delikatniejszy. Dawkuję go dziewczynkom w ten sam sposób co czysty olej z czarnuszki. Robię to co 2 dzień. Czyli raz podaje taki, raz taki. Oczywiście na efekty trzeba trochę poczekać, ale nie poddawajcie się.

Wspomniane oleje są bezpieczne dla dzieci i przede wszystkim zdrowe, więc spożywajcie codziennie, a na pewno wydatek związany z zakupem olejów, zwróci Wam się podwójnie, bo tak jak my, aptekę będziecie omijać szerokim łukiem.

Dodam Wam tylko, już może nie w kontekście odporności – że Oleje z Natury mają świetny olej rzepakowy – tak żółtego oleju nie widziałam dawno.
Każdy olej jest rozlany w ładnej, czarnej butelce (dodatkowo chroni olej przed światłem!) i może być świetnym prezentem dla najbliższych.

To tyle w kontekście odporności. A! Łykamy też probiotyki. Moje dziewczynki nie polubiły się z kiszonkami tak jak ja, ale wciąż wierzę, że wszystko przed nami.

A jak jest u Was? Stosujecie naturalne metody leczenia? Czy jednak największe zaufanie macie do lekarzy?

Jeśli chcecie wypróbować Oleje z Natury zdobyłam dla Was kod rabatowy na hasło „mamalife” – kod rabatowy należy wpisać w koszyku, klikając wcześniej opcję „mam kupon rabatowy” i daje on 5 % zniżki na cały asortyment. Jest ważny bezterminowo.
Link do strony znajdziecie TUTAJ.

Do napisania tego wpisu zaprosiła mnie marka Olej z Natury – producent wysokiej jakości olejów tłoczonych na zimno