Nie. Terapia nie jest zła. Widzę jak wielu ludziom pomaga uporać się z wieloma sytuacjami, z którymi nie potrafią poradzić sobie sami. 
Nigdy nie negowałam tego, że dobry terapeuta potrafi działać cudza. Nie wiem, czy łatwo jest go znaleźć czy nie, choć po wielu wiadomościach od Was, wiem, że często wybór jednego terapeuty kończy się tym, że szuka się kolejnego. I tak w koło. 

Osobiście korzystałam z pomocy terapeutki jakieś dwa miesiące. To było kilka wizyt. Wybór terapeutki należał do mojego byłego męża, a terapia dla par zamieniła się w moje osobiste wizyty. Bo do tanga trzeba dwojga. Więc jeśli szukasz ratunku dla swojego małżeństwa i rozważasz terapię, to pamiętaj, że może ona przynieść zamierzony efekt wtedy, kiedy chcecie tego oboje. Sama nic nie wskórasz. 

Samodzielnie można korzystać z terapii indywidualnej. Proponowano mi taką. Po kilku razach stwierdziłam, że to nie jest droga, którą chcę iść. Dlaczego?

Każdy z nas ma własną siłę i choć wydawało mi się, że ja tej siły wtedy nie miałam, to miałam jej aż nadto. 
Analizowanie mojego życia przez pryzmat życia moich rodziców czy dziadków nie było dla mnie tym, czego oczekiwałam. 
Wydaje mi się, że takie grzebanie w przeszłości, daje osobie, która uczestniczy w terapii możliwość „obarczania winą innych”. To tak jakby terapeuta powiedział, że Twoje życie wygląda tak, a nie inaczej, bo to Twoi najbliżsi popełniali takie, a nie inne błędy i musisz to sobie uzmysłowić i iść dalej. Uff… Czyli jednak to nie jest moja wina. 

A ja uważam inaczej. 

Nie ma osób bez winy. Może i na nasze życie ma wpływ nasza przeszłość, to w jakim dorastamy środowisku i jakimi wartościami się w życiu kierujemy od dziecka, ale każdy z nas w swoim życiu odpowiada sam za siebie. Mamy umiejętność analizowanie błędów, które popełniamy i ich naprawiania. Możemy się uczyć i wyciągać wnioski. Nie każdemu potrzebny jest ktoś obcy, kto nigdy nie będąc w naszych butach… wie tylko tyle, ile zdążymy mu powiedzieć, podczas godzinnej sesji. 

Dlatego ja powiedziałam NIE. 

Usiadłam któregoś razu, uzmysłowiłam sobie w jakim punkcie jestem i zdałam sobie sprawę, że to jest moje życie i albo wpadnę w dół rozpaczy z powodu sytuacji, na którą nie miałam wpływu, albo zacznę żyć po swojemu. Stałam się priorytetem sama dla siebie. Ja i moje dziewczynki. Ta jedna myśl pomogła mi ruszyć w przód, bez oglądania się za siebie. Przecież to ja odpowiadam za swoje emocje. One są w moich rękach. A fakty były suche. Będzie rozstanie. Będzie rozwód. Trzeba to jakoś ogarnąć.  

I choć wiem, że znajdą się takie z Was, które powiedzą: „mnie terapia uratowała…” i ja w to wierzę, to od siebie dodałabym jedno. 

Niezależnie od tego, czy w jakimś momencie swojego życia będziesz korzystała z terapii, z różnych przyczyn, bo tych może być wiele, pamiętaj, że Twoje życie jest zależne tylko od Ciebie. Nikt go za Ciebie nie przejdzie. Nikt Ci nie powie, czy robisz dobrze czy źle. Nikt za Ciebie nie naprawi błędów. 

A czasem najwięcej daje to, by z chusteczką w dłoniach usiąść i porozmawiać ze sobą samym. A rankiem wstać, otrzepać kurz, zakopać przeszłość i żyć teraźniejszością tak, by przyszłość była tym, czego od zawsze pragnęłaś w swoim sercu. 

Bo najlepszym psychoterapeutą dla siebie jesteś… Ty sam.