Po ostatnim artykule z czapeczką, jak zwykle o tej porze roku, zawrzała dyskusja. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że każdy może mieć swoje własne, osobiste zdanie, poparte doświadczeniem, jakąś „traumą z dzieciństwa„, jak określiła to jedna z Was, albo wiedzą wyciągniętą z internetu.
I tak jak kij ma dwa końce, tak i tutaj. Prawda leży gdzieś pośrodku.

Czy przeziębienie bierze się z zimna, a wiatr przewiewa uszy?

Medycyna nie ma najmniejszych wątpliwości – żeby doszło do przeziębienia, na organizm negatywny wpływ musza mieć wirusy. Bez obecności wirusa nie ma przeziębienia. A wirusów powodujących chorobę, jest tak wiele, że czasem nawet trudno wychwycić, który spowodował złe samopoczucie.

Jakie wirusy najczęściej powodują przeziębienie?

W większości przypadków za klasyczne przeziębienie odpowiadają rhinowirusy.
„Są rodzajem wirusów należących do rodziny pikornawirusów (Picornaviridae). Po wtargnięciu do organizmu człowieka, włączają swój materiał genetyczny (RNA) do cząsteczek DNA (genom człowieka). W ten sposób programują komórkę tak, aby to ona sama wytwarzała nowe wirusy. Dla większości rhinowirusów najlepszymi warunkami do rozmnażania się jest niska temperatura, w granicach 33°C, a więc taka, jaka panuje w jamie nosowo-gardłowej„.*

W styczniu 2015 roku wirusolodzy z Uniwersytetu Yale*, opublikowali wyniki badań, z których jasno wynikało, że czynnikiem wpływającym na podatność na zachorowanie rhinowirusem jest temperatura panująca w jamie nosowo-gardłowej. Inaczej mówiąc – zimne powietrze owszem wpływa na rozwój przeziębienia, bowiem wychłodzenie dróg oddechowych sprzyja namnażaniu tego wirusa. Badania Amerykanów mogą też tłumaczyć, dlaczego podczas choroby dostajemy gorączki. Organizm po prostu szykuje układowi odpornościowemu lepsze warunki do pracy.
Ale…
Żeby jednak zapobiec przeziębieniu, musielibyśmy nosić maski zakrywające nos (stąd biegacze często zimą zakrywają noc podczas biegania), bo samo noszenie czapki czy ciepłej kurtki nie ma związku z wychłodzeniem nabłonka nosa!!
*Wychłodzony nabłonek – namnażanie wirusów – katar jako reakcja obronna – a gdy stan zapalny się przedłuża – dochodzi np. do kateralnego zapalenia ucha.
To dlatego sezon jesienno-zimowy czy nawet wczesno-wiosenny, kiedy jest chłodniej, sprzyja większym infekcjom wirusowym, które latem są rzadsze.

Dla poparcia tej tezy posłużmy się przykładem anginy. Dlaczego klasyczna angina atakuje najczęściej latem? W gorącym, letnim powietrzu wysychają śluzówki, a gdy uszkodzona zostanie pierwsza linia obrony (poprzez np. picie zimnych napojów, jedzenie lodów – kiedy kiedy gardło się ochładza i rozpulchnia się jego śluzówka), zarazki bez problemu wnikają do organizmu. Uśpione w migdałkach bakterie stanowiące naturalną florę w cieple zaczynają się gwałtownie rozmnażać. I to właśnie dlatego jedzenie lodów zimą ma sens. Nie ma szoku temperatury, nie ogrzewa się śluzówka, więc spada ryzyko zakażenie bakteriami, odpowiedzialnymi za anginę (głównie paciorkowce). *wirusy i bakterie namnażają się w rożnych warunkach.

Ok. Wiemy, że chłodne powietrze, które wdychamy i które oziębia naszą śluzówkę jest czynnikiem mogącym przyspieszyć rozwój choroby. Ale to nie wszystko.

Co jeszcze wpływa na podatność na przeziębienia?

Zapadalność na choroby układu oddechowego ma duży związek z odpornością, a ta z kolei jest uzależniona chociażby od poziomu witaminy D. Osoby z niedoborem witaminy D są bardziej podatne na klasyczne przeziębienie i w ogóle na choroby, niż Ci, którzy na taki niedobór nie cierpią. Więcej o witaminie D pisałam TUTAJ.
Prócz witaminy D, ogromny wpływ ma jedzenie, które spożywamy itd.

W sieci można znaleźć wiele badań pokazujących, że zapadalność na przeziębienie wzrasta wtedy kiedy przebywamy w skupiskach ludzi. A kiedy za oknem wieje czy leje, łatwiej uciekamy tam gdzie są tłumy – sklepy, galerie, itd. Czyli wchodzimy w skupisko rhinowirusów i innych wirusów odpowiedzialnych za chorobę. Poza tym to właśnie w przejściowych miesiącach luty-marzec, październik -listopad, przebywamy w pomieszczeniach najwięcej i właśnie dlatego w tych miesiącach chorujemy statystycznie najczęściej.

A co z głową? Czy przez głowę ucieka najwięcej ciepła? Co więc z tą czapeczką?

Wiele razy naukowcy sugerowali jakoby przez głowę uciekało najwięcej ciepła. Prawdą jest natomiast, że przez głowę ucieka proporcjonalnie tyle ciepła, ile zajmuje ten narząd w stosunku do reszty ciała czyli około 10-15 % *(niektórzy naukowcy sugerują około 25-30 %) Z tego powodu noszenie czapki w zimę ma sens, zwłaszcza wtedy, kiedy przebywamy na dworze długo. Wychłodzona śluzówka nosowa, ciepło uciekające przez głowę, mogą sprzyjać szybszej utracie ciepła i prowadzić do wychłodzenia.

Ciekawym zjawiskiem jest natomiast morsowanie. Ludzie, którzy poddają się krótkotrwałemu wychłodzeniu, rzadziej chorują. Co ciekawe przed morsowaniem, zaleca się rozgrzewkę. Krótkotrwałe wychłodzenie ostatecznie choć początkowo osłabia, w dalszej kolejności mobilizuje układ odpornościowy.

To dlatego ani razu nie zachorowałam, kiedy zimą wybiegałam w krótkich spodenkach i koszulce wyrzucić śmieci. Albo kiedy obie z Wiki chodziłyśmy po śniegu. Nie było ani chorób ani problemów z pęcherzem. Źródło przeziębienia tkwi zatem w czymś innym, a konkretnie w… wirusach, które albo mają odpowiednie warunki do namnażania, albo nie.

OK. To co z tą czapką?

Noszenie czapki ma sens zimą. Ale kiedy temperatura za oknem pokazuje kilkanaście stopni na plusie, nie ma żadnych naukowych przesłanek do tego, żeby czapkę nosić.
Jeśli zakładamy ją po to, żeby chroniła nas przed przeziębieniem, to niestety jest więcej czynników, które mają na to wpływ. Czapka lub jej brak idą gdzieś na szarym końcu…

Oczywiście nie sugeruję, jakoby w ogóle wywalić czapki z domu. Czasem nawet latem jest tak silny wiatr, który dla niektórych dzieci może być mało komfortowy i wtedy jak najbardziej warto malcowi założyć czapkę. Musimy sobie jednak odpowiedzieć na pytanie – jakie ma ona spełnić zadanie?

Ciekawy artykuł napisany przez Panią Doktor Danuta Chrzanowską-Liszewską znalazłam TUTAJ. Pani Doktor rozprawia się z 10 mitami, które wciąż gdzieś się przeplatają w naszym życiu. Zachęcam do lektury.

Jeśli zaś chodzi o temperaturę powietrza. Tak. 15 stopni zimą, latem czy jesienią to nadal 15 stopni. Inna może być temperatura odczuwalna, bowiem na „czucie” temperatury mają wpływ – nasze procesy termoregulacji (regulacja hormonalna), a z czynników zewnętrznych chociażby wilgotność powietrza (to dlatego nad morzem przy wietrze nie czujemy tak skwaru), czy jak słusznie stwierdziła jedna z Was – ciepło płynące z nagrzanej lub wychłodzonej ziemi. Inaczej temperaturę będzie odczuwał mężczyzna, inaczej kobieta, maluch czy osoba starsza.

Czasem zatem warto posłuchać dziecka, które potrafi komunikować się i wyrażać swoją opinię, bo nie zawsze to my mamy rację, choć teoretycznie mieć ją powinniśmy…

I raz jeszcze podkreślę. Nie namawiam do tego, by pozbyć się czapek. Wszak chyba jeszcze trudniejszym do zrozumienia widokiem są w marcu przy plusowej temperaturze kombinezony zimowe.
Ale zdajmy sobie sprawę chociażby z czynników wywołujących choroby. Może dzięki temu, nie będziemy sobie pluć w brodę, gdy dziecko zachoruje, a my mu tej czapeczki zapomnieliśmy założyć…