Prowadzenie swojego bloga i kanałów w SM ma swoje wady i zalety. Cieszę się, że moja „działalność” przynosi Wam namacalne korzyści – czerpiecie wiedzę, macie możliwość ugotować ze mną wiele pyszności. Służę Wam radą i wsparciem, a Wy dodajecie mi skrzydeł. To ta przyjemna strona medalu. Druga bywa czasem trudna, bo nie lubię słowa męcząca. Nikt mnie tutaj nie męczy, choć czasem lawinowo jestem zasypywana wieloma pytaniami.

Tak jest teraz. W obliczu narastającego strachu z obawy przed pandemią koronawirusa, dostaję codziennie kilka pytań, czy się szykuję, a jeśli tak, to jak.

Dziś postanowiłam Wam zbiorczo na nie odpowiedzieć.

Na chwilę obecną nie podejmuję żadnych środków, mających na celu zabezpieczenie się przed koronawirusem, chyba, że w grę wchodzi zwracanie większej uwagi na higienę rąk oraz edukację w tym zakresie dziewczynek. Nie gromadzę zapasów jedzenia, nie kupuję masek chirurgicznych (które nas nie uchronią, chyba, że takie za 500 zł w górę typowe antysmogowe, zakładane w odpowiedni sposób…), ani żelów antybakteryjnych. Ponieważ każdego dnia stawiam na wzmacnianie odporności, nie poczyniłam też specjalnych kroków, by zadbać o nią jeszcze bardziej, bo robię to codziennie od lat.

Skąd taka postawa i czy nie jest bezmyślna?

Nie będę Was edukować czym jest koronawirus. Nie podam Wam danych, bo na każdej możliwej stronie, znajdziecie takie informacje – o tym, ile osób jest zainfekowanych, ile osób zmarło, a ile wyzdrowiało. Natomiast to właśnie te dane oraz zdolność łączeenia faktów i analizowania tego co się wokoło dzieje, wpłynęła na moją decyzję.

Odnoszę wrażenie, że bardziej w przededniu pandemii, stoimy u progu narodowej paniki. Widać to po tym, co dzieje się w sklepach (wykupywanie zapasów jedzenia, suchego prowiantu, puszek, a dziś nawet w mięsnym – mięsa… na kilogramy!). Ulegamy jej pod wpływem przekazu medialnego. Bo umówmy się szczerze – większość z nas dzień zaczyna i kończy od przejrzenia wiadomości, a te zamiast nas uspokajać, sprzedają nam to, co klika się najbardziej. Prawdę mówiąc nie znalazłam ani jednego artykułu, który wprost powiedziałby :”Bez paniki Rodacy”. Jest natomiast niezliczona rzesza takich, z których – już z tytułu… dowiadujemy się, że…

– to dopiero początek…
– Wirus ma coraz wiekszy zasięg…
– rośnie liczba ofiar…
– puste pułki, brak żywności…itd.

I wystarczy to przeczytać, by poczuć napięcie i strach. By polecieć do sklepu i zaopatrzyć się na miesiąc z góry. By pójść do banku i wybrać wszystkie pieniądze. By wziąć już teraz urlop lub zrobić sobie kwarantannę. By odizolować się od ludzi i czekać na… no właśnie – na co?

Nigdy nie żyłam w kraju ogarniętym ogromną epidemią. Natomiast znam historię i wiem, że taka „zaraza” potrafi zrobić wiele zła… Pytanie jest tylko jedno – czy naprawdę koronawirus, wywołujący atypowe zapalenie płuc, jest wirusem, którego można przyrównać, chociażby do wirusa grypy hiszpanki, który zabił 50 mln istnień?

Na to pytanie warto odpowiedzieć sobie samodzielnie. Bo czasem naprawdę warto zapoznać się z faktami, przeanalizować je i… pomyśleć.

Bo ja, kiedy czytam wiadomości, wyczytuję, że:

1. Koronawirus to rodzaj wirusa wywołujący zapalenie płuc atypowego pochodzenia.
2. Daje objawy podobne do grypy.
3. Nie ma na niego lekarstwa – w większości przypadków leczenie jest objawowe, tak jak w przypadku sezonowej grypy. W cięższych przypadkach stosuje się leczenie przeciwwirusowe lub leczenie, które stosuje się w AIDS.
4. Chorują ludzie zwłaszcza w przedziale wiekowym 40 plus, przy czym śmiertelność dotyczy głównie osób starszych, w których dodatkowo występują inne problemy – cukrzyca, problemy z sercem, nowotwory.
5. Do tej pory nie zmarło żadne dziecko poniżej 10 roku życia.
6. Większość przypadków choroby zaobserwowano w Chinach w prowincji Hubei.
7. 3 dni temu informowano, że na 80 tyś chorych, zmarło 2700 (większość w Chinach), a wyzdrowiało ponad 30 tyś. To naprawdę optymistyczne dane!

Oczywiście nie bagatelizuję i podobnie jak większość, zaglądam do wiadomości i nie udaję, że ten wirus w ogóle nie istnieje. Momentami mam wrażenie, że chciałabym przeczytać w końcu, że w Polsce już wirus się zadomowił, bo może wtedy zeszłoby z Polaków ciśnienie…

I prawdą jest, że staram się mądrze analizować fakty. Gdyby dziś rząd wydał ostrzeżenie, o możliwości zamknięcia wszystkich sklepów w Polsce, po prostu bym się zaopatrzyła, na wypadek W. Ale póki co, nic nie wskazuje na to, by z dnia na dzień ograniczono nam dostęp do wody, jedzenia i środków higienicznych, więc nie widzę potrzeby wydawania kilku tysięcy na prowiant, którego później nie zjem…

Ktoś może uważać, że to z mojej strony olewactwo. Nic podobnego. Uważam, że żyjemy w czasach, kiedy tego rodzaju epidemie będą wybuchać coraz częściej. Pierwsza wojna światowa pokazała nam, że do katastrofy wystarczy jeden dzień. Dlatego uważam, że każda rodzina powinna w domu mieć np. plecak ewakuacyjny, na wypadek, gdyby przyszła wojna i musielibyśmy się z naszej ziemi po prostu wynieść. Sytuacji takich może być multum. Jak nie ten koronawirus to inny. I niby paczka ryżu więcej i kilak puszek nie zaszkodzi, ale gdybyśmy naprawdę doświadczyli takiej epidemii jak te, które zabijały miliony, to nas nawet 20 paczek ryżu nie uratuje.

Dlatego do wszystkiego podchodzę ze spokojem. Jedynie denerwuje mnie to, że Wiki wraca ze szkoły i pyta mnie: „Czy wszyscy umrzemy na tego wirusa?”. Nie wiem co słyszy i od kogo, ale dbajmy o to, by w tej całej panice, pamiętać o naszych dzieciach. One nas słyszą. Ona nas widzą. Nie wzbudzajmy w nich strachu, kiedy nie jest on ich sprzymierzeńcem. Zresztą strach nie jest niczyim sprzymierzeńcem.

I życzę Wam i sobie zdrowia. I spokoju ducha. Pozytywnych myśli, które mają ogromną moc. Tylko zachowując spokój, będziemy podejmować mądre decyzje. Czy w obliczu wirusa, czy po prostu w codzienności.