Chyba bardziej idealnie nie mogliśmy sobie tego wymarzyć. 3 lata różnicy między dziewczynkami. Równiutkie 3 lata. Ten sam dzień i ten sam miesiąc. Nawet PESEL mają podobny i niestety charakter też. Czasami mam wrażenie, jakbym przechodziła „deja vu„. Takie same zachowania i reakcje na pewne bodźce. Podobne smaki, ten sam loczek z tyłu głowy. Dobrze, że są jeszcze rzeczy, które je dzielą, bo inaczej nie wierzyłabym, że mam drugie dziecko. Nawet jeśli mają inne imiona.

Kilka dni temu, przy okazji robienia zakupów, w jednym ze sklepów zabawkowych, potoczyła się dyskusja z właścicielką o najlepszą różnicę wieku między dziećmi. Czy rok to za mało, a 5 za dużo? A może 2 to tak w sam raz, a 3 to już większe problemy? Cóż by tu powiedzieć. IDEALNA różnica wieku nie istnieje, albo zupełnie na odwrót. Każda różnica wieku jest idealna. Co prawda na własnym, macierzyńskim przykładzie mogę powiedzieć jak to jest z perspektywy różnicy ponad 1000 kartek w w kalendarzu, ale przecież mam jeszcze rodzeństwo i znajomych, więc doświadczenia więcej. 

Jak to było u nas?

Kiedy rok temu urodziłam Maje najbardziej martwiłam się tym, jak to wszystko zniesie Wiktoria. Zastanawiało mnie, jak szybko zaakceptuje ona fakt, że nie jest teraz tylko sama z nami, ale ma obok siebie siostrę.  Nie przewidzieliśmy tego, że Maja zostanie w szpitalu na 10 dni po porodzie, ale jak się okazało, czas ten stał się dla Wiki jej pierwszym sprawdzianem. Odrobiła go na 6 z plusem. Jej tęsknota za siostrą, o której mówiła i którą nazywała po imieniu, pokazała nam, że Wiki będzie idealnym kompanem dla Mai. Bez względu na wiek.

Gdy znaleźliśmy się już w domu, we czwórkę, zaczęły się problemy, które podejrzewam nie omijają żadnego rodzica mającego więcej niż 1 dziecko. Również bez względu na wiek. Pojawiła się więc zazdrość o uwagę rodziców, nawet mimo tego, że we wszystkie obowiązki staraliśmy się angażować Wiki. Nigdy nie chciałam by czuła, że młodsza siostra coś jej zabiera.  Coś,  czyli przede wszystkim czas, który do tej pory był tylko dla niej. Ale życie samo weryfikuje pewne sprawy i nie dało się zaangażowania podzielić równo na pół. Zwłaszcza wtedy, kiedy Bartek wyjeżdżał do pracy i zostawałam sama. Nieuniknione okazały się zatem spontaniczne wypady do Babci na drugi koniec miasta po to, by ktoś zajął Wiki w czasie, kiedy moja uwaga musiała by poświęcona tylko Mai. Chociażby z powodu wychodzących ząbków i marudzenia do kwadratu. Generalnie to trudne zadanie, być dla nich rodzicem po równo, ale z czasem nauczyliśmy się jakoś nad tym pracować.  W miarę mijania czasu, Wiki coraz bardziej umiała zaakceptować to, że na przykład tego dnia muszę uśpić Maję w ciszy, bo inaczej lipa z jej snu. Już nie buntowała się, gdy prosiłam, by obejrzała w tym czasie sama bajkę. Rozumiała. A im bardziej ona stawała się dojrzalsza, tym nasza nauka życia rodzinnego szła o krok w przód.

Oprócz zazdrości pojawiła się też cała gama pewnych zachowań, które zawsze zaznaczają się – mniej lub bardziej – gdy progi domu przekracza kolejne dziecko. Był więc płacz w celu zwrócenia na siebie uwagi,  a czasem nawet histeria nie z tej ziemi, chęć noszenia na rękach, bo „nóżki bolą„,  albo nagła ochota, by na spacerze przesiąść się na wózek. „Przecież siostra jedzie to czemu ja mam iść na nogach?” – ja się pytam?

W dodatku do tego wszystkiego rosła też Maja, która stawała się, i z każdym dniem się staje, coraz bardziej „kumata”. Nauczyła się walczyć o swoje, a jej ulubioną zabawą jest wyrywanie siostrze wszystkich zabawek, którymi akuratnie ona się bawi. To niesie za sobą ich pierwsze konflikty, na które staram się spoglądać okiem mamy stojącej obok. Nie okiem sędzi. Wiem bowiem, że sobie poradzą. Dotrą się. Nauczą. Wiem to, bo za tym wszystkim stoi ich miłość.

I właśnie dlatego wierzę w to, że każda różnica wieku jest idealna. Bo każda niesie za sobą podobne problemy, które potrafią nas – matki –  w tym naszym macierzyńskim świecie, połączyć na dobre. Bo nie ważne czy nasze dzieci dzieli rok, czy 10 lat. Jeśli wychowamy je w szacunku do siebie nawzajem, w rytmie miłości, która przetrwa każdą burzę, to prędzej czy później podziękuję nam, że obdarzyliśmy ich najlepszym prezentem na świecie.  Daliśmy im rodzeństwo, czyli kogoś kto będzie z nimi do końca świata i o 1 dzień dłużej.  Na zawsze. Daliśmy im kogoś, kto z czasem zrozumie ich lepiej niż my. 

I w tym tkwi ich siła.

I w tym tkwi całe sedno posiadania rodzeństwa. Bo one nie są tylko dla nas. One są również dla siebie.