Dziś spotkała mnie taka oto sytuacja. Stoimy sobie w kolejce w sklepie, a Wiki, jak to Wiki zaczepia ludzi. Tu powie coś miłego, tam zapyta o samopoczucie. Cała Ona. I gdy tak z jedną Panią wdała się w dyskusję, pada pytanie: „A jak masz na imię dziewczynko?” … Wiktoria … „A Twoja siostrzyczka?” Maja. „A Twoja Mamusia?”. Moja Mama to Mama. Po prostu Mama.

I tym oto sposobem, po raz kolejny, uświadomiłam sobie, że mam na imię Mama. Noszę najpopularniejsze imię na świecie i jestem z niego dumna. Dla nich nie jestem żadną Żanetą. Dla nich jestem Mamą. Mamą, Mamusią i tyle …

I to jest to, co w macierzyństwie nas wyróżnia od innych. Dla naszych dzieci nie mamy imion. Jesteśmy Mamami. 

Raz koleżanka, nieco starsza stażem, powiedziała mi, że to ciągłe „mamooo, mammoo …” to jej bokiem wychodzi. Że przez to czasem zapomina naprawdę, jak ma na imię, a swojej nastoletniej córce odburknęła raz, że ma na imię Karolina*, a nie Mama. I wiesz co. Raz córka powiedziała jej, gdy to nie reagowała na to „mamoo”, „Ty! Karolina do Ciebie mówię”. Poczuła się dziko …

Więc mi to nie przeszkadza. Bo dziwne by było, gdyby nagle moja córka powiedziała mi „Ej, Żaneta, chodź tu!”

Wolę być Mamą i Mamusią. Dla nich jedyną. 

A, że czasem faktycznie na czyjeś pytanie „Jak masz na imię”, odpowiadam „Mama” …

Bo Mamą jest się całą sobą. W sercu i w głowie. A czasem nawet na papierku …

Dobranoc …