Mój Kochany Pamiętniczku …

Dziś zostałam z dziećmi w domu. Z dwójką. Ja i one dwie. Z rana zadzwoniła do mnie koleżanka. Umówiłyśmy się na kawę. Na mieście, żeby było ciekawie. Kawiarnia dla rodziców z dziećmi, kącik zabaw, a nawet czytelnia. Co z tego, że spóźniłam się pół godziny. Przecież zrozumie – pomyślałam. Nie zrozumiała. Śpieszyła się dalej, więc minęłyśmy się w drzwiach. Ona z podkręconymi rzęsami, tupnęła swoimi lakierowanymi szpileczkami. Ja też miałam podkręcone rzęsy, ale tusz zdążył mi już spłynąć, nie wiadomo jak i nie wiadomo gdzie. A! Przypomniałam sobie. To wtedy, kiedy wychodząc z domu Starsza postanowiła zrobić mi dyngusa. Dziadek podarował jej psikawkę, miała być idealna na wiosnę. Zdążyłam się zorientować, że jest naprawdę fajna. I celna w dodatku. Upocona po uszy zamówiłam kawę na wynos. Perspektywa powrotu do domu, bez dodatkowego wzmacniacza wydała się być czymś nie do ogarnięcia.

Tuż przed 12 przekroczyłam próg domu. Spojrzałam na zegar w salonie i pomyślałam sobie – jeszcze tylko 9 godzin i błogi sen. Zjemy, pobawimy się, wyjdziemy na popołudniowy spacer, a wieczorem powitamy w domu Tatę i tak wtuleni wszyscy w siebie, obejrzymy coś fajnego i pójdziemy spać. Kiedy się ocknęłam była 12.04. I pomyśleć, że marzyłam o tym  tylko przez 4 minuty. Przerwały mi jednak one. A w zasadzie płacz Młodszej. No tak. Witajmy w domu. Witajmy w matrixie.

Szybkie pytanie, co robimy na obiad zakończyło się jeszcze dłuższą odpowiedzią. Może pizza? Albo nie … Sphaghetti. Tak. Zrób mamo makaron. Ale co zje Młodsza? To może kotlety? Nieee … tylko nie to. W ogóle dlaczego spytałam ją o zdanie. To zawsze kończy się tak samo. Ok. Jest 13.10. Czemu jeszcze nie ma obiadu? Dobra dawaj telefon. Dzwonimy po pierogi …

W międzyczasie tu pranie, tu „mamo” słyszane z pokoju setki razy, tu „poczytaj mi bajkę”, albo: „mamo, ona wchodzi na biurko”. Ok. Są. Przyjechały ciepłe pierogi. Ufff … chwila wytchnienia. Zaparzyłam sobie kawę. Wypiłam ciepłą. Jednym łykiem. Całe szczęście lubię espresso. Tylko szkoda, że dopiero wybiła 13.50.

Dalszego dnia mój Ty pamiętniczku, opisywać Ci nie muszę. Dłużyło się niesamowicie, a gdy one zasnęły, ucieszona perspektywą walnięcia się na kanapę, odwiedziłam łazienkę, tuż potem sypialnię, by na końcu wylądować w salonie na kanapie. I wcale się nie kąpałam, ani nie smyrałam męża po plecach. Sprzątałam. A potem znów popatrzyłam na ten zegar w salonie. Wybiła dwunasta … Usiadłam szczęśliwa, acz zmęczona koło męża.

Powiedział mi: „Mój kumpel ma problem z żoną”. „Uuuu. Aż tak poważnie? „ – spytałam. „No. Mówi, że ona siedzi w domu z dzieckiem i nic nie robi.”

W myślach przybiłam jej piąteczkę …