Po publikacji wpisu o naszych restauracyjnych przygodach, przyszła pora na ten. Nie bez powodu. Musiałam go napisać, bo nic tak doskonale, oczywiście prócz własnych dzieci i spostrzeżeń płynących z przebywania z nimi, nie przyprawia mnie o wenę, jak Ty. Twoje wypowiedzi, a właściwie wypowiedzi każdej która się tu udziela są dla mnie ogromnym polem do dawania upustu swoim odczuciom. Moje odczucie kontra Twoje odczucie. Mój pogląd na daną sprawę kontra Twój. I choć wiem, że co człowiek to zdanie, to jednak czasem ma się ochotę krzyknąć „Ty naprawdę tak myślisz”?

Tak samo było tym razem. Wrzuciłam coś co było moją osobistą opinią w sytuacji która mnie spotkała. Liczyłam tym samym na powiew dyskusji w temacie, który zdaje sie być bardzo ważnym tematem. W erze, w której tolerancja dla drugiego człowieka wydaje się być rzeczą priorytetową, nie może zabraknąć przecież tolerancji dla dziecka. Tak. Ten artykuł tego dotyczył. Zwracał uwage na to, że dziecko należy tolerować. Na każdym etapie jego rozwoju. A zwłaszcza rozwoju, który zdaje sie być jak najbardziej właściwy i zgodny z całą biologią człowieka. Nie poruszałam w nim kwestii związanych z pewnym niewychowaniem, przez które większość z Was rozumie bieganie dzieciaków między stolikami i grzebanie w torebkach gości. Zgoda. Wstydem byłoby gdybym takiego zachowania uczyła własne córki. Ale tym razem nie o tym pisałam. Nie pisałam o mojej 4 – letniej córce, która w restauracjach zachowuje się prawie idealnie. Jeśli przez idealizm zrozumiesz – „je ładnie, rozmawia i śmieje sie jak na dziecko przystało, a gdy zaczyna jej się nudzić prosi o tablet, który ratuje nas z wielu niekorzystnych dla nas sytuacji„. Jak dla mnie – idealnie. Nie pozwalam jej biegać, kiedy wydaje mi się, że nie jest to na miejscu. Uczę ją konkretnych zachowań w konkretnych sytuacjach – wcale nie na oślep. Rozmawiam, pokazuję a w końcu sama daję przykład. Nie grzebię po torebkach innych mam w poszukiwaniu czystej pieluszki. I dlatego moje dziecko nigdy nie miało z tym problemu. A gdybym to zauważyła, porozmawiałabym i pokazała, że takie zachowanie dziecku nie przystoi. Ale nie tylko dziecku. Dorosłemu również. Ale do rzeczy.

Pod artykułem na Facebooku ale też na blogu zawrzało. Zaczęłyście wyrażać swoje opinie. W końcu taki był cel. Niektóre z nich szły w zgodzie z moimi odczuciami, inne były odmienne i w pełni to rozumiem. Masz prawo mieć swoje zdanie bo to właśnie to jest początkiem SZACUNKU. Jeśli rozumiesz, że ktoś może myśleć inaczej niż TY to brawo! Znaczy się, że naprawdę pojmujesz co to znaczy. I nie o te inne komentarze tu chodzi. Inne niż te „lukrowane, z serduszkami„. Ale im bardziej wczytywałam się w niektóre, tym bardziej zadawałam sobie pytanie, które zadałam Ci w tytule „Co tak naprawdę myślisz o własnym dziecku?”

Uwierz mi na słowo. Gdy czytasz wypowiedzi innych mam a w nich padające teksty typu „te bachory drą ryja„, „nie mam ochoty tego słuchać, bo sama jestm mamą i mam dość własnych dzieci, a co dopiero cudzych” itd, to serio zaczynasz zastanawiać się nie nad tym, czy macierzyństwo tą konkretną osobę uszczęsliwia czy nie, ale nad tym co myśli o SWOIM dziecku. Nie o moim czy o dziecku koleżanki. Ale o swoim własnym. Bo wyznaję zasadę – co w sercu to na języku. I jeśli kogoś nie cieszą własne dzieci, to doprawdy nigdy nie będą go cieszyć cudze. Jeśli na cudze dzieci wołasz bachory to śmiem twierdzić, że o swoich myślisz podobnie. Jeśli cudze, płaczące dzieci budzą w Tobie odrazę, to domyślam się, że denerwuje Cię płacz własnych. I jesli naprawdę tak myslisz, to chyba sie nie dogadamy.

Nie jestem super matką polką. Mam dni lepsze i gorsze. Jak każda. Ty pewnie też. Ale odkąd pamiętam, dzieci były dla mnie czymś fajnym. Nie rozumiałam tego, jak można nie darzyć ich sympatią, zwłaszcza gdy samemu było się dzieckiem. I nawet nie rozumiałam tego, jak można – mogąc mieć dzieci – ich nie chcieć, bo dla mnie było to szczytem egoizmu. Nie chcieć dać komuś życia, choć samemu się je dostało. Choć pół biedy jak się nie chce, ale jak się jeszcze używa pod ich kątem epitetów, jakich w podstawówce nie uczono, to doprawdy o niczym dobrym o człowieku to nie świadczy. Tak było kiedyś. Potem sama urodziłam dzieci i teraz mając 30 lat z hakiem, staram się rozumieć pary co dzieci mieć nie chcą. Serio. Mają prawo. Choć nadal gdy lecą pod ich adresem pewne określenia zrozumieć nie potrafię. Choć staram się rozumieć wszystkich dookoła, bo świat tego ode mnie poniekąd wymaga – zrozumienia. Dla innych poglądów, zachowań, nawet jeśli ich nie pochwalam. Ale wypaada rozumieć. Te wszystkie parady równości i inne cuda wianki. Rozumieć warto. Więc się staram. I tego samego oczekuję wzamian. Zrozumienia. I doprawdy w sytuacji, którą opisałam w TYM artykule chodziło własnie o tę jedną rzecz – o zrozumienie. Zrozumienia dziecka. Ta para miała święte prawo wejść do lokalu, ale też z niego wyjść. Miała takie samo prawo jak MY. To, że byli sami, nieważne czy ich dziecko zostało w domu, czy go nie mieli, nie znaczy się, że mieli większe prawa niż my. Ja miałam prawo być w lokalu tak samo jak oni. Oni mogli głośno rozmawiać a ja miałam prawo próbować uspokoić płaczące dziecko. Przesidli się – super. Ale to właśnie ich komentarz rzucony wcale nie pod nosem, ale całkiem śmiało i z grymasem na twarzy był dla mnie pretestem do napisania tego, że świat oczekuje zrozumienia, a rozumieć nie potrafi. I tyle.

Dla mnie moje dzieci nie są całym światem. Ale są moimi dziećmi. To one będą zajmowały się nami, gdy starość będzie bardziej przygnębiająca niż nam się wydaje. One. Nie para ze stolika obok. Więc to ich potrzeby są dla mnie priorytetowe. To do mnie należy obowiązek je uczyć . Pokazywać im różne drogi i sposoby na ich pokonanie. A nic tak doskonale nie uczy jak własny przykład o czym wspomniałam wyżej. I jeśli nie wyjdę z dzieckiem do ludzi i nie pokażę im, że tutaj warto zachować sie tak, a tu tak, to one nie będą mieć szansy się tego nauczyć. I to własnie te lata starań, kiedy wychodziliśmy z Wiktorią do ludzi, do barów i restauracji zaowocowałay tak a nie inaczej. Dziś mając niespełna 4 latka wie, że w restauracji zachowujemy się w miarę spokojnie, a już napewno z szacunkiem do drugiego człowieka. Maja ma przed sobą jeszcze sporo czasu nim zrozumie o co w tym wszystkim chodzi. Jej etap rozwoju jest zupełnie inny. Nie mam zamiaru go w żaden sposób tłumić. Ona ma się rozwojać stosownie do swojego wieku. To teraz jest czas na fochy i okazywanie niezadowolenia. Własnie jest na tym etapie, gdy moje słowo „nie”, powoduje w niej emocje, których sama z pewnością nie rozumie. I powiem Ci tak –  nie mam zamairu zamknąć sie z nią w domu tylko dlatego, że ktoś z podwórka obok nie chce słuchać płaczącego dziecka. Proponuję kupić douszne stopery. W takiej sytuacji pomogą.

Miejscem publicznym jest wszystko dookoła inne niż mój dom. Nie ważne czy to restaracja, czy Toi Toi postawiony obok supermarketu. I w tym miejscu publicznym każdy ma prawo do tego samego. I nie wykaże się tutaj brakiem szacunku do innych, gdy napiszę, że w nosie mam, że komuś się nie podoba płacz mojej córki. Widocznie ten ktoś ma problem ze sobą. Widocznie nie dojrzał na tyle, by wiedzieć, że coś co jest naturalne nie lubi być tłumione. I Jeśli osobiście zauważę w kawiarnii rozhisteryzowaną 16 – latkę, której mama wydziera z ust kredkę, to wiesz może pomyślę, że jest niewychowana. Ale może warto, bym się zastawnowiła. Nie od razu oceniała. Bo może ta dziewczyna wyglądająca na pozór normalnie jest chora? Więc przymknę uszy. Zrozumię. A przynajmniej sie postaram. I Ty zrób podobnie.