Dziś znów czytam takie rzeczy…
Znowu wracają wspomnienia sprzed 6 lat i to, że miałam szczęście…
I dziś zadaję sobie pytanie „dlaczego, kiedy trzeba, cesarki nie robią…„?

nie rozumiem…

„Poród pani Katarzyny nastąpił już po wyznaczonym terminie, w 41 tygodniu ciąży w szpitalu w Pyskowicach. Początkowo miała rodzić siłami natury, ale ostatnie KTG wykazało, że tętno dziecka było nieprawidłowe. Kobieta nie miała siły przeć, więc zdecydowano, że niemowlę przyjdzie na świat przy pomocy próżnociągu. Pani Katarzynie razem z noworodkiem wypadło łożysko. Położna odcięła pępowinę i wezwała zespół reanimacyjny. Dziecka nie udało się uratować – relacjonuje UWAGA! TVN.

Chwilę później kobieta dostała krwotoku. W nocy dwa razy doszło u niej do zatrzymania akcji serca. Dostawała leki i przetaczano jej krew. Usunięto jej też narządy rodne. Niestety, pani Katarzyna po dziewięciu godzinach zmarła”..

Gdzie popełniono błąd?

To była sobota 29 września 2012 roku. Obudziłam się o 5 rano, wyjątkowo wyspana. Dopiero po 5 minutach uświadomiłam sobie, że pierwszy raz odkąd zaszłam w ciąże nie byłam w nocy w toalecie. Nie wiem czemu, ale ogarnął mnie strach. Nie chcąc budzić Bartka, poszłam po szklankę mleka. Usiadłam w pokoju i rozkoszując się mlecznym smakiem, czekałam, aż Wiktoria da o sobie znać. Mijały minuty, a w brzuchu cisza … Postanowiłam wziąć kąpiel. Wskazówki zegara pokazały 5.30… Weszłam do wanny, by znów móc wsłuchać się w swój organizm. Polewałam brzuch wodą, w nadziei, że w końcu kopnie. Poczułam lekkie bulgotanie… Popłakałam się… przy okazji obudziłam Bartka, który zapytał z przerażeniem w oczach co się stało. Mówię mu delikatnie, od początku łkając na ramieniu, że mała słabo się rusza, że to nie takie ruchy jak trzeba. Miałam wyrzuty sumienia, że męczę go swoimi podejrzeniami, przed nim 24 h spędzone w pracy, a tu jeszcze moje czarne myśli …Zaproponował byśmy jechali do szpitala. W ostateczności postanowiłam poczekać. Coś się mała zaczęła ruszać a mi zrobiło się lżej. Z każdym jej ruchem czułam ulgę.

Wyprasowałam mężowi koszulę, cmok na pożegnanie, po czym siadłam na kanapie, popijając poranną Inkę. Ale gdzieś w głowie myśl o tym, że nie byłam w nocy w toalecie nie dawała mi spokoju. Kręcąc się po pustym mieszkaniu w pośpiechu i lekkim amoku zaczęłam pakować szpitalną torbę. Po chwili zadzwoniłam po taksówkę. Minęła 12.30
W drodze do szpitala zadzwoniłam do Bartka, mamy i siostry. Powiedziałam, że jadę do szpitala, upewnić się czy z Małą wszystko dobrze. Minął 39 tc i choć na poród się nie zapowiadało, a mała zaczęła się lekko ruszać, wolałam sprawdzić jak jest jej w brzuchu, nawet kosztem spędzenia weekendu na patologii ciąży.

W szpitalu oczekiwanie na przyjęcie trwało 2 godziny …Gdy wreszcie weszłam do środka, uprzejma Pani przystawiła mi do brzucha detektor tętna płodu. Gdy usłyszałam bicie jej malutkiego serduszka emocje opadły. Wiedziałam, że jest bezpieczna. Dla mnie była to najważniejsza myśl tego dnia. Wiki żyje.

Oczywiście przyjęli mnie na patologię ciąży. Pierwsze ktg. Godzina 16.00. Leżałam sama na sali i wsłuchiwałam się w odgłosy dochodzące z kardiotochografu. Po raz kolejny tego dnia, nie zdając sobie sprawy z tego jak to powinno brzmieć, przestraszyłam się, że chyba coś jest nie tak. Były różne szumy, spadki…Dziwne…Po ktg zaprowadzono mnie na usg. Gdy już leżałam a lekarz mnie badał zadał mi pierwsze pytanie „ile ważyło dziecko na ostatnim usg?” „około 3,5 kg” „na pewno tyle nie waży, jeśli urodzi się z wagą 2,5 kg będzie dobrze, łożysko jest w złym stanie” – to brzmiało jak wyrok. „A czy czuła Pani odejście wód płodowych?” myślę sobie „jakie wody..”, „nie, nie Panie Doktorze, nie wyleciały mi wody płodowe”, „ale Pani nie ma wód płodowych” – zbladłam ….po czym Lekarz rzekł jednym zdaniem „kończymy ciążę”…. do dziś słyszę jak echo „kończymy ciążę”. Zdołałam jeszcze spytać „kiedy?” „teraz kończymy, proszę zabrać swoje rzeczy, idziemy na sale operacyjną”

Nogi miałam z waty. Pośpiesznie w drodze na salę piętro niżej zadzwoniłam do męża, mamy i siostry. Bartek w pracy, mama daleko, siostra  rzuciła zdanie, że za godzinę będzie w Opolu. Jedynie świadomość, że moja przyjaciółka z mężem są na dole (zadzwoniłam do niej wcześniej by przywiozła mi na patologie coś do jedzenia), pocieszyła mnie, że nie jestem sama. Po chwili zabrano moje rzeczy i tak straciłam kontakt z otoczeniem na najbliższe 2 godziny.
Sama cesarka jak cesarka, krótkie przygotowania, sztab osób dookoła, lekarze rzucający między sobą drobne żarty, każdy był zajęty swoją pracą. Tylko ja leżałam, trzęsąc się i  modląc się by wszystko dobrze się skończyło. O 18.15 Wiktoria była ze mną. Zdrowa. Na koniec usłyszałam „Dobrze, że Pani przyjechała dziś, jutro być może nie byłoby kogo ratować”. Zapłakałam. Sama nie wiem czy ze szczęścia czy wciąż ze strachu…

Czytając dziś Wasze komentarze, postanowiłam opisać swój poród. Tak to w skrócie wyglądało 3 lata temu, gdy na świat przyszła Wiktoria – której imię znaczy „Zwycięstwo”. Nam się udało. Co prawda ktoś zadecydował za nas, ale dla mnie była to najlepsza decyzja, jaką za mnie podjęto. Nie prosiłam o cesarkę, ale gdy postanowiono mi ja zrobić, nie błagałam, że chcę rodzic naturalnie. Za to do dziś, gdy ktoś dowiaduje się, że miałam cc, nie znając wszystkich faktów, słyszę masę komentarzy jak to: „ja rodziłam naturalnie 3 dzieci”, „ale chyba spróbujesz rodzić naturalnie drugą, żeby wiedzieć co to znaczy poród”, „to się nie namęczyłaś”, „ja to bym nigdy w życiu nie chciała mieć cesarki”. I tak sobie wtedy w duchu wspominam tamten dzień i po raz kolejny dziękuję Bogu, że mam zdrowe dziecko, puszczając wszystkie takie wypowiedzi mimo uszu, w siną dal…

Bo ja też cesarki nie planowałam, chciałam wiedzieć co to znaczy urodzić drogami natury, chciałam się pomęczyć, bo wierzyłam, że i tak szybko zapomnę o bólu. Bo wiem, że gdybym miała rodzic naturalnie 100 lat temu, to pewnie nie skończyłoby się to dobrze. Ba – skończyłoby się pewnie łzami i bólem do końca życia.

Mi się udało, ale pomyśl – ilu osobom zabrakło szczęścia? Ile błędnych decyzji lekarzy odbiera jakiejś malutkiej istotce szansy na życie? Nie podejmuję dyskusji o tym, że w dobie dzisiejszej za cesarkę można sobie zapłacić i w umówiony dzień umalowanej podreptać do szpitala, by rodzic „bez bólu” (phi, kto nie miał cesarki nie wie co to za ból, dy znieczulenie przestaje działać. Morfina mi nie pomagała…). Pozostawiam to bez komentarza. Czyjaś decyzja – czyjeś pieniądze – czyjaś sprawa.

Wiem też, że cesarek jest więcej niż 5, 10 czy 15 lat temu. Pytanie – czy to nowy trend? Tego nie wiem…

Ale jedna rzecz jest dla mnie najważniejsza – dla mnie jako mamy Wiktorii, która już niebawem urodzi jej siostrzyczkę Majkę – nie ważne jak się dziecko rodzi – czy wyjdzie samo, czy ktoś mu pomoże. Ważne że żyje i niech to własnie idea ratowania życia w sytuacjach patowych będzie najważniejszym bodźcem do robienia cesarki.

Kochane Mamy, obecne i przyszłe – cesarka to poród!! Inny, ale wciąż poród. Czy mniej bolesny czy bardziej? Nie mi oceniać. Nie miałam skurczy, nie wiem co to znaczy. Ale gdy co wieczór spoglądam na Wiki, jak słodko śpi w łóżeczku to jedyną odpowiedzią na wszystkie bzdurne komentarze osób mi życzliwych, która przychodzi mi do głowy jest ….

że nie wypada brzydko mówić, to pozwalam Ci dokończyć to zdanie 🙂

 

Ściskam Was mocno i dziękuję, że jesteście ze mną. Ps. Wiki też ściska w śnie …

 IMG_3743