Miałam kochaną Babcię. Choć nie widywałyśmy się często z racji odległości nas dzielącej, to jednak moją „Babcię Będzin„, jak mówił na nią Tato, wspominam czasem ze łzami w oczach. To była złota kobieta. Oddałaby ostatni grosz dla nas, choć sama miała mało. Była delikatna, ale kiedy trzeba było – mówiła wprost i bez ogródek. Kilka razy na przykład powiedziała: „Wam to się zupełnie w tyłkach poprzewracało„. Nigdy jako dziecko nie rozumiałam, co Babcia miała na myśli. Byłam małą dziewczynką. Szczęśliwą i zadowoloną ze swojego życia. Czasem humorzastą, jak to w życiu małego dziecka bywa. Chcącą to czy owo. Bo tak. Bo miałam taki kaprys. Najczęściej całe szczęście niespełniany. I były płacze, czasem histerie, bo nie dostałam lalki o której marzyłam. Ale wtedy naprawdę tego nie rozumiałam. Zrozumiałam dopiero po latach…

Co ciekawe, odkąd zostałam Mamą, zdarzyło się może raz lub dwa, że dokładnie to samo powiedziałam swoim córkom. Ona teraz też tego nie rozumieją. O tych słowach i o ich prawdziwości przypomną sobie dopiero po latach, kiedy powiedzą swoim dzieciom to samo. Bo nam się naprawdę w tyłkach poprzewracało. Z nadmiaru i dobrobytu. Z tego, że mamy niemal wszystko, a już na pewno to, co do życia niezbędne.

Bo choć niektórzy z nas pamiętają czasy komuny, kiedy w kolejce do sklepu z kartkami w ręku, czekało się z rodzicami długie godziny, to jednak nikt z nas nie pamięta czasów wojny. A to właśnie wojna – jakakolwiek by nie była, weryfikuje w życiu człowieka wszystko. A w życiu dziecka to już w ogóle. I chyba zrozumie to tylko ten, kto przeszedł to na własnej skórze…

W ostatnim czasie wiele refleksji nasunęło mi się po przeczytaniu jak dla mnie wyjątkowej pozycji „Dzieci wygnane – tułacze losów małych Polaków w czasie II wojny światowej. Prawdziwe historie„, która właśnie dziś ma swoja premierę, a ja znalazłam się w gronie osób, które mogły przeczytać ją wcześniej. I niesamowicie jestem wdzięczna za tą możliwość, ponieważ choć nie jest to poradnik czy książka motywacyjna, jakich na rynku pełni, to dla mnie to obowiązkowa pozycja na półce każdej z nas. Nawet jeśli tematyka wojenna Cię nie interesuje, to obiecuję Ci, że tą książkę przeczytasz w kilka dni, uronisz przy niej wiele łez, a przede wszystkim posłuży Ci jako baza do niejednej rozmowy przy kubku herbaty ze swoimi dziećmi. Kiedy tylko przyjdzie na to odpowiedni czas.

„Dzieci wygnane” – prawdziwe historie, które zmieniają perspektywę patrzenia na świat.

Nie wiem czy tak macie, że czasem jedno przeczytane zdanie, potrafi zmienić Wasze spojrzenie na otaczającą Was rzeczywistość. To jest właśnie magia słów spisanych na papierze. Osobiście najbardziej lubię czytać historie oparte na faktach niż literacką fikcję, bo właśnie wtedy czuję taką książkę całą sobą. Pobudza mnie ona do myślenia i pomaga wyciągnąć wnioski. Książka „Dzieci wygnane” pozwoliła mi docenić to co mam, bowiem z  perspektywy czasów wojny… mamy z dziewczynkami naprawdę wszystko.

„Dzieci wygnane” wciągają od pierwszej strony. Już pierwsza historia sprawiła, że chciałam przeczytać więcej, choć bałam się, że nie dam rady, gdy czytałam „a żeby rodzinę wykarmić, to i trupy jedli, i jedno drugiego zabijało i jadło„….

Książka, która wywołuje emocje.

Przeczytałam jednak całą. Było momentami trudno, ale właśnie teraz, kiedy zmieniamy z dziewczynkami miejsce zamieszkania i pojawiają się pytania w mojej głowie – jak sobie poradzimy  – potrzebowałam zrozumieć, że damy radę, bo problemy z jakimi będę musiała się zmierzyć to pestka.

Nasze dzieci nie muszą przecież pracować w tajdze przy wyrębie lasu, by walczyć o kawałek chleba. Nasze dzieci w ogóle nie musza pracować. Nie umierają z głodu, zimna i nie stają się rodzicami dla swojego rodzeństwa. Nie musza za młodu odgrywać rolę matek i ojców. Mają pod dostatkiem jedzenia oraz przyjemności o jakich dawniej… dzieci nawet nie marzyły.

A my nie musimy zastanawiać się jak wykarmić rodzinę. Kto ma dostać kilka ziaren, a dla kogo już nie starczy.

Bo może nie każdy z nas ma ogromne pieniądze i możliwości, ale żaden z nas nie ma tak źle, by choć w jednym procencie przyrównać to do historii opisanych w tej książce. I właśnie to dała mi ta lektura – poczułam docenianie i wdzięczność, bo gdybym dziś miała zetknąć się z tym, z czym mierzyły się Mamy podczas wojny… nie dałabym rady.

Dzieci wojnę pamiętają inaczej.

Pamiętam jak Babcia (rocznik 1933) opowiadała nam, jak podczas II wojny światowej, kiedy była małą dziewczynką, na rękach zabito jej psa. Tak bez powodu. W podwórku. Cudem ona sama uszła z życiem. Rzadko kiedy chciała z nami rozmawiać o wojnie, choć często chciałam ją o nią pytać. Widać było, że ten temat zawsze ożywał w niej bolesne wspomnienia. Bo dzieci wojnę pamiętają inaczej niż dorośli, ale to właśnie te ich dziecięce wspomnienia dały im fundament na przyszłość. Coś czego my – pokolenie lat 80 – mieliśmy małą namiastkę, a nasze dzieci nie mają wcale. Wychowywane w czasach, gdzie  największe  zmartwienie to to, czy będą miały najnowszego iphone, albo nową grę na play station.

I nie wiem czy Wy też macie takie wrażenie, ale… dawniej życie było inne i… lepsze. Brak zabawek pobudzał naszych rodziców będących wtedy dziećmi w wieku naszych dzieci do kreatywności, a zostanie w domu było dla nich największą karą, a nie jak teraz nagrodą, bo przecież zawsze „mama może włączyć Youtuba„. Mniej przy stole marudzono, bo albo dziecko jadło to co było, albo nie jadło w ogóle. A dziś „jak Mama nie zrobi jajecznicy, to przecież przygotuje kanapkę z szynką, albo zrobi bananowe pancakes„. A tymczasem w czasie wojny… „wiosną i latem ratowaliśmy się tym, co dawał nam las. Jedliśmy grzyby, jagody i korzenie roślin. Za największych głodówek z bratem chodziliśmy do lasu sosnowego. Znajdowaliśmy sosenkę. Pod cieniutka warstwą kory znajdowała się celuloza. Była lekko słodkawa. Przyjemnie się ją żuło. Taka sosenka potem usychała. Co zrobić, dzięki temu my przeżyliśmy...” I to jest dramat…

I tego nauczę swoje dzieci.

Losy małych dzieci podczas drugiej wojny światowej były dramatyczne. Dla wielu skończyły się śmiercią. Ci, którzy to przeszli i zgodzili się udostępnić innym swoje wspomnienia, to teraz osoby w podeszłym wieku. Autorka napisała we wstępie, że pomimo swoich bolesnych doświadczeń, są pełni werwy i pogody ducha, bo udało im się przerwać najgorsze i dalej żyć.

I tego nauczę swoje córki. By walczyć do końca niezależnie od walki, którą w życiu przyszło nam stoczyć. Nawet jeśli tą walką jest rozwód i początek nowego życia…Nie na Syberii, ale w Warszawie. W tym na pozór lepszym świecie…

Książkę możecie dziś kupić i zamówić między innymi w Wydawnictwie Znak – TUTAJ.