Obudzić się po kilku godzinach ze spokojem w sercu…
Gdy szło się spać ze smutkiem wymalowanym na twarzy…
Ale obudzić się.
Móc wstać i zaparzyć sobie herbatę.
Pokroić cytrynę w plasterki i zjeść ostatni kawałek ciasta.
Móc poczuć jego smak i mieć ochotę na więcej…

Móc patrzeć przez moment na ich twarze, wciąż zatopione w śnie…
Czuć ich miarowy oddech i widzieć jak delikatnie przekręcają się na bok…
Móc mieć szansę.
Szansę mieć dzień bez limitu spędzony z nimi.
Móc przygotować im naleśniki. Takie jak lubią. Z różaną konfiturą i kleksem bitej śmietany.
Móc wyjść na dwór. Ubrać kalosze i skakać po kałużach tuż przed południem.
Szukać ślimaków w trawie. Zachwycać się jesiennym kasztanem znalezionym nieopodal domu.
A wieczorem móc pomimo zmęczenia mieć jeszcze siły dokończyć ostatnią stronę tej bajki, co się czyta od tygodnia, po troszeczku. Tak jak lubią najbardziej…
A potem zasnąć. I znów obudzić się po kilku godzinach.
Ze spokojem w sercu.
Ale obudzić się i móc.
Wiedząc, że wciąż wszystko jeszcze zależy ode mnie…
Obudzić się i móc.
Być szczęśliwą.
Tak po prostu.