Gdy zasypiają …

Ciężko mi napisać w jednym zdaniu, co czuję …

Z jednej strony szczęście. Zmęczenie, które pojawia się każdorazowo, po każdym dniu spędzonym z nimi, osiąga apogeum w chwili, kiedy je usypiam. Kilkukrotnie zdarzyło mi się usnąć tuż obok, trzymając je za rękę. Budziłam się po godzinie, w makijażu, pośpiesznie wyłączałam pralkę, zostawiając w niej mokre ubrania i szłam spać dalej. Nie ważne, że naczynia prosiły o litość. Nie istotne było nawet to, że brzuch wołał o choćby kęs suchego chleba. Zasypiałam. 

Zdarzają się dni, gdy kładąc je spać, w myślach kreślę plan działania. Analizuję – słysząc, jak ich oddechy łagodnie się wyciszają – co zrobię, mając 3 godziny wolnego czasu, bez konieczności wołania: „Uważaj, zostaw, proszę – nie rób tego”, lub zwykłego: „W co się bawimy?”. A gdy lekko przymknę drzwi ich pokoju, podwijam rękawy, piorę, gotuję, prasuję, albo tulę się w jego ramiona, zapominając o tym co powinnam. Chwytam te chwile naszej wspólnej samotności bez dzieci, traktując ją jako coś tylko naszego. . Tu i teraz. Bez minuty myślenia o nich. One śpią. Są bezpieczne. Oddycham równie lekko i napawam się każdą sekundą. Stawiam herbatę na rogu stołu, bez obawy, że się poparzą. Wrzucam fajną nutkę, a nie Fasolki … 

Ale są też takie dni jak dziś. On w pracy. A ja sama. Dzień poza domem spędzony z nimi był tym, co naprawdę lubię robić. Uwielbiam wyjść, zostawiając dom w nieładzie i nie myślę wcale o tym, że może powinnam zostać. Więc idziemy. Przed siebie. Mając plan lub całkiem odwrotnie. Na spontanie. Z wiatrem we włosach. 

A potem usypiam je i zamiast w głowie układać  scenariusz na tę chwilę wolnego i  bycia samej, nim Morfeusz mnie porwie tej nocy, to ja myślę o nich. Przywołuję wspomnienia dzisiejszego dnia. Przy lekko ćmiącym się świetle, patrzę na ich śpiące twarze i z wolna skradam im buziaki. Jeden za drugim. Nie budzą się. To ta chwila, kiedy całkiem bezwładne poddają się moim pieszczotom. Bez oporu i mówienia: „Mamo, nie chcę”. Chwytam za nóżki, wyłaniające się spod kołderki, liczę paluszki, choć wiem, że jest ich po 10. Wtulam się w nie mocno, słuchając jak bije im serce. Cząstka mnie. A potem idę do pokoju, włączam tv, by za chwilę znów zajrzeć do nich, uśmiechnąć się, pomyśleć w myślach: „O czym śnią?” 

I wtedy chcę zatrzymać ten czas na dłużej …

Bo gdy zasypiają, czuję, czego mi brak i za czym tęsknie. 

Za nimi. 

Takie jest serce matki …

I byle do rana …